Sala zebrań samorządu studenckiego mieściła się na drugim piętrze budynku wydziału nauk społecznych — podłużne pomieszczenie o ścianach pomalowanych na ten specyficzny odcień zieleni, który kojarzy się wyłącznie z instytucjami. Szpitalami. Szkołami. Urzędami. Kolor, który miał uspokajać, a wywoływał jedynie lekkie mdłości. Pod sufitem bzyczała świetlówka, nieregularnie, jakby zaraz miała zdechnąć. Nikt jej nie wymienił od trzech semestrów.
Ji-ho siedział na swoim stałym miejscu — przy krótszym boku stołu, tam gdzie zwykle siadują protokolanci. Przed nim leżał otwarty laptop, obok termos z mrożoną herbatą jęczmienną, która zdążyła już zrobić się letnia. Spotkanie zostało zwołane dwie godziny temu. Mail przyszedł, kiedy Ji-ho wybierał koszulę na spotkanie z S. Granatowa czy ta w kratę. Granatowa była bezpieczniejsza. W kratę podkreślała ramiona. Stał przed lustrem w akademiku, przystawiając obie do piersi, i głupio się uśmiechał do własnego odbicia — aż zawibrował telefon i zobaczył powiadomienie: "Nadzwyczajne zebranie, godz. 18:00, obecność obowiązkowa."
Napisał do S od razu. Krótko, rzeczowo — ale wnętrze miał skręcone w supeł. "Przepraszam. Samorząd. Nie mogę się wyrwać. Czy możemy przełożyć na jutro." Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewał: "Wszystko w porządku. Też mi coś wypadło. Los tak chciał. Jutro. Albo pojutrze. Nie uciekam, pamiętasz?" Ji-ho pamiętał. Uśmiechnął się do ekranu, odłożył obie koszule na krzesło i poszedł w dresie — bo po co się starać, skoro i tak będzie tylko notował, podczas gdy przewodniczący Park i reszta będą kłócić się o budżet na festiwal.
Sala wypełniała się powoli. Przewodniczący — suchy, kanciasty student prawa o nazwisku Park Joon-suh — rozkładał papiery na końcu stołu i poprawiał okulary gestem, który zawsze wyglądał, jakby kogoś oskarżał. Obok niego siadały kolejne osoby: skarbniczka, dziewczyna z wydziału sztuk pięknych o włosach ufarbowanych na różowo, przedstawiciel wydziału inżynierii, który pachniał olejem maszynowym nawet teraz. Ji-ho otworzył nowy dokument i zapisał datę. Praca skryby była prosta: notuj, kto mówi, co mówi, jakie są wnioski. Nie wymagano od niego opinii. Nie wymagano niczego poza obecnością i sprawnymi palcami.
Przez pierwszych dwadzieścia minut wszystko szło według schematu. Punkt pierwszy: festiwal. Punkt drugi: budżet. Punkt trzeci: sponsoring. Ji-ho pisał, popijał letnią herbatę, pisał dalej. Świetlówka bzyczała. Ktoś otworzył okno i do sali wpadło wilgotne powietrze, przesycone zapachem skoszonej trawy i smażonego kimchi z budki przy bramie głównej.
A potem otworzyły się drzwi.
Ji-ho nie podniósł wzroku od razu. Usłyszał tylko kroki — cięższe, niżby się spodziewał po przeciętnym studencie, pewne, osadzone głęboko w podłodze. I zapach. Woda kolońska z nutą cedru i czegoś ostrego, cytrusowego, przemieszana z ludzkim ciepłem. Zapach, który wszedł do sali, zanim jeszcze osoba zdążyła się przedstawić.
— Przepraszam za spóźnienie. Brat prosił, żebym przyniósł dokumenty. Jestem Park Sung-jae. Min-seok nie mógł przyjść. Grypa.
Głos trafił Ji-ho prosto w kręgosłup. Tego samego, który wczoraj, przy parku Yeonnam, zamarł na widok sylwetki przy bramce. Tego samego, który teraz — wbrew logice, wbrew strachowi — wyprostował się odruchowo.
Ji-ho podniósł wzrok.
Sung-jae stał przy drzwiach, trzymając w dłoni teczkę z dokumentami. Wyglądał inaczej niż wczoraj. Wczoraj — jeśli to był on — stał w swobodnej pozie, z rękami w kieszeniach. Dziś miał na sobie ciemną koszulę z podwiniętymi rękawami, która podkreślała przedramiona — mocne, z widocznymi żyłami, opalone na kolor karmelu. Dżinsy opinały mu uda, ale nie za ciasno, raczej jak materiał, który poddał się anatomii i zaakceptował swój los. Twarz — ostra, z tą samą linią szczęki co u Min-seoka, ale surowsza, bardziej wycięta — nosiła ślad lekkiego zarostu, jakby Sung-jae zapomniał się ogolić przez ostatnie dwa dni.
Przewodniczący Park skinął głową i wskazał mu wolne krzesło. Sung-jae podszedł do stołu. Przechodząc obok Ji-ho, zwolnił — na ułamek sekundy, ale Ji-ho to poczuł. Powieka mu drgnęła. Palce nad klawiaturą zawisły w powietrzu, niezdolne uderzyć w żaden klawisz.
— Kawę bym wypił — mruknął Sung-jae do nikogo konkretnego i usiadł trzy krzesła dalej, po tej samej stronie stołu.
Zebranie potoczyło się dalej. Punkt czwarty: pula nagród. Punkt piąty: nagłośnienie. Ji-ho notował, ale słowa na ekranie zaczęły tracić sens. Widział litery, ale nie łączyły się w znaczenia. Jego uwaga — cała, bez reszty — skupiła się na mężczyźnie siedzącym zaledwie metr od niego. Sung-jae słuchał, od czasu do czasu kiwając głową, raz nawet rzucił jakąś uwagę o firmie nagłośnieniowej, z którą grał kiedyś mecz charytatywny. Jego głos był swobodny, towarzyski, zupełnie niepodobny do głosu S. Ale głosy przez telefon brzmią inaczej — Ji-ho wiedział o tym. Nagrania S miały tę chrypkę, to ciepło, podczas gdy Sung-jae w realu mówił głośniej, wyraźniej, z nutą pewności siebie, która graniczyła z arogancją. A jednak. A jednak coś w barwie — coś na samym dnie, w tych najniższych rejestrach — brzmiało znajomo.
Ji-ho wrócił do notowania. Nie mógł się rozpraszać. Był skrybą. Miał robotę.
I wtedy Sung-jae wstał.
— Przepraszam, muszę rzucić okiem na protokół — powiedział, podchodząc. — Brat prosił, żebym sprawdził jeden punkt z poprzedniego zebrania. Dotyczy boiska.
Ji-ho zamarł. Sung-jae obszedł stół i stanął za jego plecami. Nie — nie stanął. Nachylił się. Prawa dłoń spoczęła na oparciu krzesła Ji-ho, lewa — na blacie, tuż obok laptopa. Ji-ho poczuł ciepło. Ciepło bijące od ciała Sung-jae, które znalazło się tak blisko, że dzieliły ich może dwa centymetry powietrza. Dwa centymetry, które przestały być powietrzem, a stały się czymś gęstym, czymś, co pachniało cedrem i cytrusami i ludzką skórą nagrzaną od letniego słońca.
— Przewiń wyżej — powiedział Sung-jae. Jego oddech musnął kark Ji-ho. Ciepły. Wilgotny. — Do sekcji o infrastrukturze sportowej.
Ji-ho przełknął. Palce mu zadrżały na touchpadzie. Przewinął. Otworzył dokument. Nie widział liter. Widział tylko własne odbicie w ekranie — i za nim, rozmytą sylwetkę Sung-jae, który pochylał się jeszcze niżej. Koszula Sung-jae musnęła ramię Ji-ho. Materiał był cienki, bawełniany. Pod spodem — ciepło. I zapach. Ten zapach, który teraz nie był już tylko wodą kolońską, ale czymś głębszym, czymś, co należało wyłącznie do ciała. Lekki pot. Feromony. Życie.
— Tutaj — Sung-jae wskazał palcem na ekran. Jego palec znalazł się tuż obok dłoni Ji-ho. Gdyby Ji-ho przesunął mały palec o centymetr, dotknąłby go. — Jest. Dzięki.
Ale nie odsunął się od razu. Zawisł tak jeszcze przez trzy sekundy. Trzy sekundy, podczas których Ji-ho przestał oddychać, przestał myśleć, przestał być skrybą, studentem, kimkolwiek. Był tylko ciałem. Ciałem, które czuło ciepło obcego mężczyzny za plecami — i wyobrażało sobie, co by się stało, gdyby Sung-jae nie cofnął dłoni. Gdyby zamiast tego położył ją na jego karku. Tak jak S obiecał. "Położyłbym ci dłoń na karku, żebyś nie mógł uciec."
Wizja uderzyła go jak fala — gorąca, nieproszona, tak intensywna, że musiał zacisnąć uda pod stołem.
Widział to. Widział wyraźnie: Sung-jae — albo S, już nie wiedział, gdzie kończyła się rzeczywistość, a zaczynała fantazja — napiera na niego od tyłu. Ławka, przy której teraz siedzą, jest pusta, sala pusta, świetlówka zgaszona. Sung-jae kładzie mu dłonie na biodrach i przyciąga do siebie, mocno, tak że Ji-ho czuje przez materiał spodni twardość, która napiera na jego pośladki. Sung-jae nie mówi nic — albo mówi, ale Ji-ho nie słyszy słów, tylko ten niski, zdyszany ton, który zna z nagrań. "Chciałbym cię poczuć." Dłonie Sung-jae wędrują pod koszulę Ji-ho, po nagim brzuchu, w górę, do klatki piersiowej, palce znajdują sutki i ściskają je — nie delikatnie, nie tak jak w romansach, tylko tak, jak ściska się coś, co ma zaboleć w ten właściwy sposób, który jest przyjemnością przebraną za przemoc. Ji-ho czuje, jak spodnie zsuwają mu się z bioder — nie samemu, tylko szarpnięciem, niecierpliwym, gwałtownym. Materiał ociera się o skórę, zimny suwak drapie go po udzie. A potem Sung-jae napiera całym ciałem. Ciężar. Tarcie. Wilgoć — nie tylko potu, ale i śliny, którą Sung-jae zwilżył sobie dłoń przed dotknięciem go tam, między pośladkami. Palec wsuwa się do środka — jeden, potem drugi — a Ji-ho wygina plecy w łuk i czuje, jak blat ławki wbija mu się w biodra, chłodny, twardy, kontrastujący z gorącem, które rozlewa mu się po całym ciele. Sung-jae wchodzi w niego od tyłu, powoli, ale nie delikatnie — raczej z tą kontrolowaną siłą, która mówi "mógłbym cię zranić, ale nie zrobię tego, jeszcze nie". Ji-ho słyszy siebie — słyszy ten sam dźwięk, który nagrał wczoraj w ciemności akademika, tylko teraz głośniejszy, odbity od ścian pustej sali. I czuje zapach — własnego potu, cudzej skóry, lateksu, spermy, która za chwilę —
— Ji-ho? Ziemia do Ji-ho.
Głos przewodniczącego Parka przeciął wizję jak nóż. Ji-ho drgnął. Otworzył szerzej oczy. Wszyscy patrzyli na niego. Sung-jae już siedział z powrotem na swoim krześle, trzy miejsca dalej, i przeglądał dokumenty, jakby nic się nie stało. Bo nic się nie stało. Nic poza tym, że Ji-ho był twardy pod stołem, a wargi miał rozchylone i suche.
— Przepraszam — wykrztusił. — Zamyśliłem się. Można powtórzyć?
Przewodniczący Park powtórzył punkt o fakturze za nagłośnienie. Ji-ho zanotował go, choć ręce wciąż mu drżały. Reszta zebrania minęła jak przez mgłę. Sung-jae wyszedł pierwszy, rzuciwszy krótkie "dzięki wszystkim" w stronę stołu. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, Ji-ho wciągnął powietrze — pierwszy pełny oddech od dziesięciu minut — i poczuł, że boli go szczęka od zaciskania zębów.
Do akademika wrócił przed dwudziestą drugą. Jae-won spał już, oddychając miarowo przez nos, z twarzą zwróconą do ściany. Ji-ho zamknął drzwi do łazienki i usiadł na sedesie w ciemności. Światło z telefonu wbiło mu się w oczy. Otworzył czat.
on: S
on: potrzebuję cię
on: znaczy — potrzebuję pogadać. coś się stało. nic złego. chyba. nie wiem
S odpisał po minucie. Długiej.
S: Jestem. Mów. Co się dzieje, Jiji?
Ji-ho przygryzł wargę. Nie mógł mu powiedzieć o Sung-jae. Nie mógł powiedzieć, że przez ostatnie dwie godziny fantazjował o facecie, który może być bratem jego kolegi, a może być S, a może być nikim. Nie mógł też powiedzieć, że ta fantazja była tak realna, że wciąż czuł ból w szczęce i ciężar w podbrzuszu. Ale mógł powiedzieć coś innego.
on: myślałem o tobie. podczas zebrania. nie mogłem przestać. to było... rozpraszające
S: Co myślałeś?
on: o tym, że cię nie znam. że nie wiem, jak wyglądasz. ale kiedy o tobie myślę, moje ciało reaguje tak, jakby wiedziało. jakby cię pamiętało. mimo że nigdy cię nie spotkałem
S: To nie jest dziwne. Ciało pamięta rzeczy, których umysł nie zna. Ja też tak mam. Kiedy piszesz "on", kiedy widzę te trzy litery na ekranie, mój brzuch się napina. Nie wiem, dlaczego. Nie wiem, kim jesteś. Ale wiem, że chcę cię dotknąć.
on: to jest przerażające. i podniecające. jedno i drugie naraz
S: Co dokładnie cię podnieca? W niewiadomej. Powiedz mi.
Ji-ho oparł głowę o chłodne kafelki łazienki. Telefon trzymał w obu dłoniach, teraz już spokojniejszych. Przez chwilę zastanawiał się, czy może być całkowicie szczery. Czy to, co napisze, nie zabrzmi obsesyjnie, głupio, dziecinnie. Ale S nigdy nie sprawił, żeby poczuł się głupio. Ani razu.
on: nie wiem, czy to normalne. ale czasem wyobrażam sobie twój dotyk. nie wiem, jak masz na imię. nie wiem, jak wyglądasz. ale wyobrażam sobie, że mnie dotykasz. i to wystarczy. samo wyobrażenie sprawia, że robię się twardy. nie potrzebuję nawet szczegółów. wystarczy, że wiem, że to ty
S: To jest normalne. To znaczy — dla nas. Dla tego, co mamy. Niewiadoma cię podnieca. A mnie podnieca to, że ty się podniecasz. Jesteśmy w tym razem.
on: dzisiaj było gorzej niż zwykle. znaczy — bardziej intensywnie. nie mogłem przestać myśleć o tobie. o twoich dłoniach. o tym, co byś zrobił, gdybyś był obok
S: Co bym zrobił?
on: dotknął mnie. wszędzie. nie pytał o pozwolenie, tylko dotknął
S: Podoba mi się to. Podoba mi się, że nie chcesz, żebym pytał. Bo ja też bym nie pytał. Położyłbym cię na łóżku i dotykał, aż byś przestał myśleć. Aż zostałoby tylko ciało. Twoje ciało.
on: chciałbym
S: Co jeszcze? Co jeszcze sobie wyobrażałeś?
Ji-ho zawahał się. Potem napisał — szybko, zanim odwaga go opuści:
on: że jesteś we mnie. że wypełniasz mnie od środka. że jestem na tobie, albo ty na mnie, nie wiem, wszystko się miesza. ale czuję cię w sobie i to jest takie intensywne, że prawie boli
S: Chciałbym. Chciałbym być w tobie. Czuć cię od środka. Jesteś ciasny? Czy raczej miękki? Czy kiedykolwiek się bawiłeś? Palcami? Wibratorem?
Pytanie zawisło między nimi. Ji-ho wpatrywał się w ekran. Nikt nigdy nie zadał mu takiego pytania. Nikt nigdy nie rozmawiał z nim w ten sposób — tak otwarcie, tak bezpośrednio, bez cienia zażenowania. To było jak kolejny próg. Kolejne drzwi, które S otwierał przed nim, czekając, aż Ji-ho sam zdecyduje, czy przez nie przejdzie.
on: nigdy. znaczy — palcami trochę. pod prysznicem. ale nigdy nic więcej. zawsze się bałem
S: Czego?
on: że to będzie bolało. że zrobię sobie krzywdę. że potem nie będę mógł przestać o tym myśleć
S: A chciałbyś? Chciałbyś spróbować? Ze mną? To znaczy — nie fizycznie. Jeszcze nie. Ale mogę ci powiedzieć, jak to zrobić. Mogę cię poprowadzić. Żeby nie bolało. Żeby było dobrze. Chcesz?
Ji-ho przyłożył dłoń do ust. Serce waliło mu tak, że słyszał je w skroniach. Łazienka była ciemna, ciasna, pachniała wilgocią i mydłem. Za drzwiami spał Jae-won. Na ekranie świeciło pytanie, które zmieniało wszystko — nie tylko tę noc, ale cały kształt rzeczy, które Ji-ho uważał za swoje granice.
on: chcę.