czwartek, 16 lipca 2026

Rozdział III: Atrament i ciepło

Sala zebrań samorządu studenckiego mieściła się na drugim piętrze budynku wydziału nauk społecznych — podłużne pomieszczenie o ścianach pomalowanych na ten specyficzny odcień zieleni, który kojarzy się wyłącznie z instytucjami. Szpitalami. Szkołami. Urzędami. Kolor, który miał uspokajać, a wywoływał jedynie lekkie mdłości. Pod sufitem bzyczała świetlówka, nieregularnie, jakby zaraz miała zdechnąć. Nikt jej nie wymienił od trzech semestrów.

Ji-ho siedział na swoim stałym miejscu — przy krótszym boku stołu, tam gdzie zwykle siadują protokolanci. Przed nim leżał otwarty laptop, obok termos z mrożoną herbatą jęczmienną, która zdążyła już zrobić się letnia. Spotkanie zostało zwołane dwie godziny temu. Mail przyszedł, kiedy Ji-ho wybierał koszulę na spotkanie z S. Granatowa czy ta w kratę. Granatowa była bezpieczniejsza. W kratę podkreślała ramiona. Stał przed lustrem w akademiku, przystawiając obie do piersi, i głupio się uśmiechał do własnego odbicia — aż zawibrował telefon i zobaczył powiadomienie: "Nadzwyczajne zebranie, godz. 18:00, obecność obowiązkowa."

Napisał do S od razu. Krótko, rzeczowo — ale wnętrze miał skręcone w supeł. "Przepraszam. Samorząd. Nie mogę się wyrwać. Czy możemy przełożyć na jutro." Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewał: "Wszystko w porządku. Też mi coś wypadło. Los tak chciał. Jutro. Albo pojutrze. Nie uciekam, pamiętasz?" Ji-ho pamiętał. Uśmiechnął się do ekranu, odłożył obie koszule na krzesło i poszedł w dresie — bo po co się starać, skoro i tak będzie tylko notował, podczas gdy przewodniczący Park i reszta będą kłócić się o budżet na festiwal.

Sala wypełniała się powoli. Przewodniczący — suchy, kanciasty student prawa o nazwisku Park Joon-suh — rozkładał papiery na końcu stołu i poprawiał okulary gestem, który zawsze wyglądał, jakby kogoś oskarżał. Obok niego siadały kolejne osoby: skarbniczka, dziewczyna z wydziału sztuk pięknych o włosach ufarbowanych na różowo, przedstawiciel wydziału inżynierii, który pachniał olejem maszynowym nawet teraz. Ji-ho otworzył nowy dokument i zapisał datę. Praca skryby była prosta: notuj, kto mówi, co mówi, jakie są wnioski. Nie wymagano od niego opinii. Nie wymagano niczego poza obecnością i sprawnymi palcami.

Przez pierwszych dwadzieścia minut wszystko szło według schematu. Punkt pierwszy: festiwal. Punkt drugi: budżet. Punkt trzeci: sponsoring. Ji-ho pisał, popijał letnią herbatę, pisał dalej. Świetlówka bzyczała. Ktoś otworzył okno i do sali wpadło wilgotne powietrze, przesycone zapachem skoszonej trawy i smażonego kimchi z budki przy bramie głównej.

A potem otworzyły się drzwi.

Ji-ho nie podniósł wzroku od razu. Usłyszał tylko kroki — cięższe, niżby się spodziewał po przeciętnym studencie, pewne, osadzone głęboko w podłodze. I zapach. Woda kolońska z nutą cedru i czegoś ostrego, cytrusowego, przemieszana z ludzkim ciepłem. Zapach, który wszedł do sali, zanim jeszcze osoba zdążyła się przedstawić.

— Przepraszam za spóźnienie. Brat prosił, żebym przyniósł dokumenty. Jestem Park Sung-jae. Min-seok nie mógł przyjść. Grypa.

Głos trafił Ji-ho prosto w kręgosłup. Tego samego, który wczoraj, przy parku Yeonnam, zamarł na widok sylwetki przy bramce. Tego samego, który teraz — wbrew logice, wbrew strachowi — wyprostował się odruchowo.

Ji-ho podniósł wzrok.

Sung-jae stał przy drzwiach, trzymając w dłoni teczkę z dokumentami. Wyglądał inaczej niż wczoraj. Wczoraj — jeśli to był on — stał w swobodnej pozie, z rękami w kieszeniach. Dziś miał na sobie ciemną koszulę z podwiniętymi rękawami, która podkreślała przedramiona — mocne, z widocznymi żyłami, opalone na kolor karmelu. Dżinsy opinały mu uda, ale nie za ciasno, raczej jak materiał, który poddał się anatomii i zaakceptował swój los. Twarz — ostra, z tą samą linią szczęki co u Min-seoka, ale surowsza, bardziej wycięta — nosiła ślad lekkiego zarostu, jakby Sung-jae zapomniał się ogolić przez ostatnie dwa dni.

Przewodniczący Park skinął głową i wskazał mu wolne krzesło. Sung-jae podszedł do stołu. Przechodząc obok Ji-ho, zwolnił — na ułamek sekundy, ale Ji-ho to poczuł. Powieka mu drgnęła. Palce nad klawiaturą zawisły w powietrzu, niezdolne uderzyć w żaden klawisz.

— Kawę bym wypił — mruknął Sung-jae do nikogo konkretnego i usiadł trzy krzesła dalej, po tej samej stronie stołu.

Zebranie potoczyło się dalej. Punkt czwarty: pula nagród. Punkt piąty: nagłośnienie. Ji-ho notował, ale słowa na ekranie zaczęły tracić sens. Widział litery, ale nie łączyły się w znaczenia. Jego uwaga — cała, bez reszty — skupiła się na mężczyźnie siedzącym zaledwie metr od niego. Sung-jae słuchał, od czasu do czasu kiwając głową, raz nawet rzucił jakąś uwagę o firmie nagłośnieniowej, z którą grał kiedyś mecz charytatywny. Jego głos był swobodny, towarzyski, zupełnie niepodobny do głosu S. Ale głosy przez telefon brzmią inaczej — Ji-ho wiedział o tym. Nagrania S miały tę chrypkę, to ciepło, podczas gdy Sung-jae w realu mówił głośniej, wyraźniej, z nutą pewności siebie, która graniczyła z arogancją. A jednak. A jednak coś w barwie — coś na samym dnie, w tych najniższych rejestrach — brzmiało znajomo.

Ji-ho wrócił do notowania. Nie mógł się rozpraszać. Był skrybą. Miał robotę.

I wtedy Sung-jae wstał.

— Przepraszam, muszę rzucić okiem na protokół — powiedział, podchodząc. — Brat prosił, żebym sprawdził jeden punkt z poprzedniego zebrania. Dotyczy boiska.

Ji-ho zamarł. Sung-jae obszedł stół i stanął za jego plecami. Nie — nie stanął. Nachylił się. Prawa dłoń spoczęła na oparciu krzesła Ji-ho, lewa — na blacie, tuż obok laptopa. Ji-ho poczuł ciepło. Ciepło bijące od ciała Sung-jae, które znalazło się tak blisko, że dzieliły ich może dwa centymetry powietrza. Dwa centymetry, które przestały być powietrzem, a stały się czymś gęstym, czymś, co pachniało cedrem i cytrusami i ludzką skórą nagrzaną od letniego słońca.

— Przewiń wyżej — powiedział Sung-jae. Jego oddech musnął kark Ji-ho. Ciepły. Wilgotny. — Do sekcji o infrastrukturze sportowej.

Ji-ho przełknął. Palce mu zadrżały na touchpadzie. Przewinął. Otworzył dokument. Nie widział liter. Widział tylko własne odbicie w ekranie — i za nim, rozmytą sylwetkę Sung-jae, który pochylał się jeszcze niżej. Koszula Sung-jae musnęła ramię Ji-ho. Materiał był cienki, bawełniany. Pod spodem — ciepło. I zapach. Ten zapach, który teraz nie był już tylko wodą kolońską, ale czymś głębszym, czymś, co należało wyłącznie do ciała. Lekki pot. Feromony. Życie.

— Tutaj — Sung-jae wskazał palcem na ekran. Jego palec znalazł się tuż obok dłoni Ji-ho. Gdyby Ji-ho przesunął mały palec o centymetr, dotknąłby go. — Jest. Dzięki.

Ale nie odsunął się od razu. Zawisł tak jeszcze przez trzy sekundy. Trzy sekundy, podczas których Ji-ho przestał oddychać, przestał myśleć, przestał być skrybą, studentem, kimkolwiek. Był tylko ciałem. Ciałem, które czuło ciepło obcego mężczyzny za plecami — i wyobrażało sobie, co by się stało, gdyby Sung-jae nie cofnął dłoni. Gdyby zamiast tego położył ją na jego karku. Tak jak S obiecał. "Położyłbym ci dłoń na karku, żebyś nie mógł uciec."

Wizja uderzyła go jak fala — gorąca, nieproszona, tak intensywna, że musiał zacisnąć uda pod stołem.

Widział to. Widział wyraźnie: Sung-jae — albo S, już nie wiedział, gdzie kończyła się rzeczywistość, a zaczynała fantazja — napiera na niego od tyłu. Ławka, przy której teraz siedzą, jest pusta, sala pusta, świetlówka zgaszona. Sung-jae kładzie mu dłonie na biodrach i przyciąga do siebie, mocno, tak że Ji-ho czuje przez materiał spodni twardość, która napiera na jego pośladki. Sung-jae nie mówi nic — albo mówi, ale Ji-ho nie słyszy słów, tylko ten niski, zdyszany ton, który zna z nagrań. "Chciałbym cię poczuć." Dłonie Sung-jae wędrują pod koszulę Ji-ho, po nagim brzuchu, w górę, do klatki piersiowej, palce znajdują sutki i ściskają je — nie delikatnie, nie tak jak w romansach, tylko tak, jak ściska się coś, co ma zaboleć w ten właściwy sposób, który jest przyjemnością przebraną za przemoc. Ji-ho czuje, jak spodnie zsuwają mu się z bioder — nie samemu, tylko szarpnięciem, niecierpliwym, gwałtownym. Materiał ociera się o skórę, zimny suwak drapie go po udzie. A potem Sung-jae napiera całym ciałem. Ciężar. Tarcie. Wilgoć — nie tylko potu, ale i śliny, którą Sung-jae zwilżył sobie dłoń przed dotknięciem go tam, między pośladkami. Palec wsuwa się do środka — jeden, potem drugi — a Ji-ho wygina plecy w łuk i czuje, jak blat ławki wbija mu się w biodra, chłodny, twardy, kontrastujący z gorącem, które rozlewa mu się po całym ciele. Sung-jae wchodzi w niego od tyłu, powoli, ale nie delikatnie — raczej z tą kontrolowaną siłą, która mówi "mógłbym cię zranić, ale nie zrobię tego, jeszcze nie". Ji-ho słyszy siebie — słyszy ten sam dźwięk, który nagrał wczoraj w ciemności akademika, tylko teraz głośniejszy, odbity od ścian pustej sali. I czuje zapach — własnego potu, cudzej skóry, lateksu, spermy, która za chwilę —

— Ji-ho? Ziemia do Ji-ho.

Głos przewodniczącego Parka przeciął wizję jak nóż. Ji-ho drgnął. Otworzył szerzej oczy. Wszyscy patrzyli na niego. Sung-jae już siedział z powrotem na swoim krześle, trzy miejsca dalej, i przeglądał dokumenty, jakby nic się nie stało. Bo nic się nie stało. Nic poza tym, że Ji-ho był twardy pod stołem, a wargi miał rozchylone i suche.

— Przepraszam — wykrztusił. — Zamyśliłem się. Można powtórzyć?

Przewodniczący Park powtórzył punkt o fakturze za nagłośnienie. Ji-ho zanotował go, choć ręce wciąż mu drżały. Reszta zebrania minęła jak przez mgłę. Sung-jae wyszedł pierwszy, rzuciwszy krótkie "dzięki wszystkim" w stronę stołu. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, Ji-ho wciągnął powietrze — pierwszy pełny oddech od dziesięciu minut — i poczuł, że boli go szczęka od zaciskania zębów.

Do akademika wrócił przed dwudziestą drugą. Jae-won spał już, oddychając miarowo przez nos, z twarzą zwróconą do ściany. Ji-ho zamknął drzwi do łazienki i usiadł na sedesie w ciemności. Światło z telefonu wbiło mu się w oczy. Otworzył czat.

on: S

on: potrzebuję cię

on: znaczy — potrzebuję pogadać. coś się stało. nic złego. chyba. nie wiem

S odpisał po minucie. Długiej.

S: Jestem. Mów. Co się dzieje, Jiji?

Ji-ho przygryzł wargę. Nie mógł mu powiedzieć o Sung-jae. Nie mógł powiedzieć, że przez ostatnie dwie godziny fantazjował o facecie, który może być bratem jego kolegi, a może być S, a może być nikim. Nie mógł też powiedzieć, że ta fantazja była tak realna, że wciąż czuł ból w szczęce i ciężar w podbrzuszu. Ale mógł powiedzieć coś innego.

on: myślałem o tobie. podczas zebrania. nie mogłem przestać. to było... rozpraszające

S: Co myślałeś?

on: o tym, że cię nie znam. że nie wiem, jak wyglądasz. ale kiedy o tobie myślę, moje ciało reaguje tak, jakby wiedziało. jakby cię pamiętało. mimo że nigdy cię nie spotkałem

S: To nie jest dziwne. Ciało pamięta rzeczy, których umysł nie zna. Ja też tak mam. Kiedy piszesz "on", kiedy widzę te trzy litery na ekranie, mój brzuch się napina. Nie wiem, dlaczego. Nie wiem, kim jesteś. Ale wiem, że chcę cię dotknąć.

on: to jest przerażające. i podniecające. jedno i drugie naraz

S: Co dokładnie cię podnieca? W niewiadomej. Powiedz mi.

Ji-ho oparł głowę o chłodne kafelki łazienki. Telefon trzymał w obu dłoniach, teraz już spokojniejszych. Przez chwilę zastanawiał się, czy może być całkowicie szczery. Czy to, co napisze, nie zabrzmi obsesyjnie, głupio, dziecinnie. Ale S nigdy nie sprawił, żeby poczuł się głupio. Ani razu.

on: nie wiem, czy to normalne. ale czasem wyobrażam sobie twój dotyk. nie wiem, jak masz na imię. nie wiem, jak wyglądasz. ale wyobrażam sobie, że mnie dotykasz. i to wystarczy. samo wyobrażenie sprawia, że robię się twardy. nie potrzebuję nawet szczegółów. wystarczy, że wiem, że to ty

S: To jest normalne. To znaczy — dla nas. Dla tego, co mamy. Niewiadoma cię podnieca. A mnie podnieca to, że ty się podniecasz. Jesteśmy w tym razem.

on: dzisiaj było gorzej niż zwykle. znaczy — bardziej intensywnie. nie mogłem przestać myśleć o tobie. o twoich dłoniach. o tym, co byś zrobił, gdybyś był obok

S: Co bym zrobił?

on: dotknął mnie. wszędzie. nie pytał o pozwolenie, tylko dotknął

S: Podoba mi się to. Podoba mi się, że nie chcesz, żebym pytał. Bo ja też bym nie pytał. Położyłbym cię na łóżku i dotykał, aż byś przestał myśleć. Aż zostałoby tylko ciało. Twoje ciało.

on: chciałbym

S: Co jeszcze? Co jeszcze sobie wyobrażałeś?

Ji-ho zawahał się. Potem napisał — szybko, zanim odwaga go opuści:

on: że jesteś we mnie. że wypełniasz mnie od środka. że jestem na tobie, albo ty na mnie, nie wiem, wszystko się miesza. ale czuję cię w sobie i to jest takie intensywne, że prawie boli

S: Chciałbym. Chciałbym być w tobie. Czuć cię od środka. Jesteś ciasny? Czy raczej miękki? Czy kiedykolwiek się bawiłeś? Palcami? Wibratorem?

Pytanie zawisło między nimi. Ji-ho wpatrywał się w ekran. Nikt nigdy nie zadał mu takiego pytania. Nikt nigdy nie rozmawiał z nim w ten sposób — tak otwarcie, tak bezpośrednio, bez cienia zażenowania. To było jak kolejny próg. Kolejne drzwi, które S otwierał przed nim, czekając, aż Ji-ho sam zdecyduje, czy przez nie przejdzie.

on: nigdy. znaczy — palcami trochę. pod prysznicem. ale nigdy nic więcej. zawsze się bałem

S: Czego?

on: że to będzie bolało. że zrobię sobie krzywdę. że potem nie będę mógł przestać o tym myśleć

S: A chciałbyś? Chciałbyś spróbować? Ze mną? To znaczy — nie fizycznie. Jeszcze nie. Ale mogę ci powiedzieć, jak to zrobić. Mogę cię poprowadzić. Żeby nie bolało. Żeby było dobrze. Chcesz?

Ji-ho przyłożył dłoń do ust. Serce waliło mu tak, że słyszał je w skroniach. Łazienka była ciemna, ciasna, pachniała wilgocią i mydłem. Za drzwiami spał Jae-won. Na ekranie świeciło pytanie, które zmieniało wszystko — nie tylko tę noc, ale cały kształt rzeczy, które Ji-ho uważał za swoje granice.

on: chcę.

 


niedziela, 5 lipca 2026

Rozdział II: Cień na ścieżce rowerowej

Park Yeonnam o dziewiętnastej był pułapką na światło. Słońce zachodziło za linię drzew, ale nie od razu — najpierw cedziło się przez liście w odcieniach pomarańczy i rozcieńczonej moreli, potem odbijało się od asfaltu ścieżki rowerowej, która przecinała park jak blizna po nożu. Powietrze pachniało trawą przyciętą tego samego dnia, potem rowerzystów i smażonym ciastem ryżowym z food trucka zaparkowanego przy wejściu.

Ji-ho był tam wcześniej.

Dużo wcześniej. Przyszedł o osiemnastej piętnaście i zajął pozycję za pniem starego platana, niedaleko publicznej toalety, skąd miał widok na całe wejście do parku. Nie planował tego. Znaczy — planował przyjść. Ale nie planował chować się za drzewem jak bohater taniego thrillera. Nogi same go tam zaniosły.

Telefon trzymał w spoconej dłoni. Ekran był włączony, otwarty na czacie z S. Żadnych nowych wiadomości. Ostatnia pochodziła sprzed godziny: "Jestem już w Hongdae. Idę w stronę parku. Trochę się denerwuję. To chyba normalne." Ji-ho odpisał wtedy: "normalne. ja też". Kłamał w połowie. To, co czuł, wykraczało poza normalność. To był strach tak gęsty, że prawie widoczny — jak smuga dymu, która ciągnie się za człowiekiem i zdradza jego pozycję.

Ludzie wchodzili do parku i wychodzili. Matka z wózkiem. Dwóch rowerzystów w lycrze. Dziewczyna z psem, który ciągnął smycz w stronę fontanny. Mężczyzna w czapce z daszkiem, ale za niski. Inny mężczyzna, z plecakiem na jedno ramię, ale za gruby. Kolejny — i Ji-ho zamarł.

Serce uderzyło go w żebra. Raz. Drugi. Trzeci.

Tam, przy bramce rowerowej, stał ktoś, kogo sylwetka była boleśnie znajoma. Szerokie ramiona, które zwężały się w wąską talię — proporcje kogoś, kto spędza dużo czasu na boisku. Krótko przycięte włosy, czarne, lśniące od żelu albo potu. Profil ostry, z tą charakterystyczną linią szczęki, która wygląda, jakby ktoś wyciął ją nożem. I ten sposób stania — ciężar przeniesiony na prawą nogę, biodro lekko wysunięte, ręce w kieszeniach. Poza, która mówi: jestem tu, ale nie muszę niczego udowadniać.

Park Min-seok? Nie. Za wysoki. Ramiona za szerokie. To musiał być ktoś starszy, o te dwa, trzy lata, ktoś, kto już dawno skończył studia i teraz pojawia się na kampusie tylko na mecze absolwentów i okazjonalne imprezy. Brat Min-seoka. Park Sung-jae.

Ji-ho widział go wcześniej tylko dwa razy. Raz na trybunach, po meczu uniwersyteckim, kiedy Sung-jae klepał młodszego brata po plecach i śmiał się za głośno. Drugi raz — na imprezie w akademiku, gdzie Sung-jae pojawił się z dwiema dziewczynami, wypił trzy piwa w dziesięć minut, a potem zniknął z jedną z nich, zostawiając tę drugą przy automacie z lodem. Plotki o nim krążyły po kampusie jak zapach smażonego kurczaka — wszędzie, nieuniknione. Mówiono, że rzuca dziewczyny szybciej, niż zmienia koszulki po treningu. Że był w łóżku z połową cheerleaderek zeszłego sezonu. Że ma ten rodzaj uśmiechu, który sprawia, że kobiety zapominają o jego reputacji, dopóki nie jest za późno.

Ji-ho wpatrywał się w sylwetkę przy bramce. Mężczyzna wyjął telefon. Sprawdził coś na ekranie. Schował. Rozejrzał się — powoli, jakby skanował teren.

To nie mógł być on. To nie mógł być S.

Ale co, jeśli był?

Żołądek Ji-ho podjechał do gardła. Dłonie stały się lodowate, mimo że powietrze wciąż było ciepłe i lepkie. Wyobraził sobie tę scenę: podchodzi, mówi "hej", a Sung-jae — bo to musi być Sung-jae, prawda? — odwraca się, mruży oczy, a potem wybucha śmiechem. Tym samym, który słychać na trybunach. "Ty? Ten pedał z aplikacji to ty? Mój młodszy brat cię zna. Wszyscy cię znają. Ładna twarz, ale wiesz co? Nie sądziłem, że jesteś aż tak zdesperowany."

Ji-ho poczuł, jak coś w nim pęka. Nie głośno. Cicho, jak nitka w szwie.

Cofnął się za drzewo. Schował telefon do kieszeni. Odczekał dziesięć sekund, potem dwadzieścia, potem minutę. Kiedy wyjrzał ponownie, mężczyzny przy bramce już nie było. Zastąpił go ktoś inny — student w okularach, który wyglądał na równie zagubionego. Ale Ji-ho już nie patrzył. Już szedł. W przeciwnym kierunku. W stronę stacji metra, w stronę tłumu, który mógł go połknąć i sprawić, że stanie się anonimowy.

Telefon zawibrował, kiedy był już w wagonie, ściśnięty między biznesmenem w szarym garniturze a nastolatką z neonowymi słuchawkami na uszach.

S: Jestem na miejscu. Gdzie jesteś?

Nie odpisał od razu. Przejechał dwie stacje. Potem trzecią. Na czwartej wysiadł — nie swoją — i usiadł na ławce na peronie, pod jarzeniowym światłem, które wszystko robiło zielonkawym i martwym. Dopiero wtedy otworzył czat.

on: przepraszam

on: nie mogłem

on: byłem. stałem z daleka. i nie mogłem

on: przepraszam. jestem tchórzem. nie gniewaj się

Minuta ciszy. Dwie. Trzy. Ji-ho patrzył na ekran, czując, jak oczy go pieką — nie od łez, jeszcze nie, ale od tego napięcia, które zbiera się w zatokach i nie znajduje ujścia. A potem:

S: Hej. Spokojnie. Oddychaj.

I nagranie.

Ji-ho przyłożył telefon do ucha. Głos S wypełnił mu czaszkę — niski, ciepły, z tą samą chrypką, ale teraz inaczej ułożony. Miękcej. Na krawędziach słów siedział uśmiech. Nie śmiech — właśnie uśmiech, ten rodzaj, który słychać, nawet kiedy ktoś nie wypowiada żadnej samogłoski. "Jiji. Nic się nie stało. Słyszysz? Nic. Rozumiem. To było za szybko. Następnym razem. Albo jeszcze następnym. Nie uciekam. Tylko następnym razem podejdź do mnie, dobrze? Chcę zobaczyć, jak się rumienisz. Bo się rumienisz, prawda? Wiem, że tak."

Ji-ho odsłuchał nagranie trzy razy. Potem czwarty, żeby usłyszeć to ostatnie zdanie — "wiem, że tak" — i sposób, w jaki głos opadł na słowie "tak", jakby S opuszczał głowę na poduszkę. Na peronie ktoś przeszedł obok, ciągnąc walizkę na kółkach. Dźwięk był jak papier ścierny na szkle. Ji-ho nawet go nie zauważył.

Wieczór przyszedł szybko. Ji-ho wrócił do akademika, zamknął drzwi, zgasił górne światło i został tylko z lampką przy łóżku, która rzucała na ścianę żółty, wąski stożek. Jae-won wciąż był w Daegu. Pokój pachniał kurzem i samotnością — tym specyficznym zapachem, który osiada w pustych pomieszczeniach, gdzie nikt nie oddycha.

S napisał o dwudziestej pierwszej trzydzieści.

S: Cały dzień o tym myślałem. Nie o spotkaniu. O tym, co by było, gdybyś jednak podszedł.

on: co by było

S: Pocałowałbym cię. Od razu. Nie przywitałbym się nawet. Po prostu bym cię pocałował. Chyba nie umiałbym inaczej.

Ji-ho poczuł, jak krew napływa mu do twarzy — i niżej. Znajomy ciężar w podbrzuszu, znajome mrowienie w udach. Przesunął się na łóżku, opierając plecy o ścianę. Materac pod nim zapiszczał cicho.

on: jak byś to zrobił

S: Najpierw bym na ciebie popatrzył. Z bliska. Masz usta, które zawsze wyglądają na lekko opuchnięte. Nie wiem, czy to naturalne, czy je przygryzasz. Chyba to drugie. Przygryzasz je, kiedy się denerwujesz, prawda?

on: skąd wiesz

S: Domyślam się. Więc najpierw bym popatrzył. Potem położyłbym ci dłoń tutaj — na karku, tam gdzie włosy są najkrótsze. Żebyś nie mógł uciec. Nie żebyś chciał. Ale żebyś wiedział, że nie chcę, żebyś uciekał. A potem...

on: potem

S: Potem nachyliłbym się. Wolno. Żebyś poczuł mój oddech, zanim poczujesz usta. Jest ciepły. Pachnie kawą. Zawsze piję kawę przed spotkaniem, nie wiem czemu. I dopiero wtedy bym cię pocałował. Nie delikatnie. Nie tak, jak się całuje na pierwszych randkach. Tylko tak, jak się całuje kogoś, kogo już się słyszało. Kogo już się czuło.

Ji-ho nie zdawał sobie sprawy, że jego dłoń już wędruje. Znowu. Jakby miała własną pamięć, własną wolę. Leżała płasko na jego brzuchu, pod materiałem koszulki, i przesuwała się w dół — powoli, śledząc linię mięśni, które napinały się pod dotykiem.

on: ja też bym chciał. żebyś mnie pocałował. ale nie wiem, czy umiałbym oddać. dawno nikogo nie całowałem

S: Nauczyłbym cię. Usta masz idealne do całowania. Pełne. Miękkie. Kiedy mówisz, zawsze patrzę na to, jak się poruszają. Nawet kiedy tylko piszesz, wyobrażam je sobie.

on: naprawdę

S: Naprawdę. I jeszcze coś. Leżę teraz. Też na łóżku. Też mam na sobie tylko bokserki. I od kilku minut jestem twardy. Przez to, co piszę. Przez ciebie. Chcesz wiedzieć, co robię?

on: tak

S: Dotykam się przez materiał. Nie zdejmuję bokserek. Tarcie jest wtedy inne — bardziej szorstkie. Mniej kontrolowane. Kiedy robię to przez bawełnę, czuję każdy szew. Każde włókno. Główka jest najbardziej wrażliwa. Kiedy przesuwam po niej kciukiem, nawet przez materiał, to prawie boli. W ten dobry sposób, jak mówiłeś wczoraj. Pamiętasz?

on: pamiętam

S: Teraz robię to szybciej. Materiał robi się mokry. Nie dużo, ale wystarczająco, żeby plama była widoczna. Szara bawełna ciemnieje od wilgoci. Lubię to. Lubię widzieć dowód na to, że jestem podniecony. Że ty mnie takim robisz. Opowiedz mi, co ty robisz. Jesteś już nagi?

on: nie. jeszcze nie. jestem w koszulce. dotykam się przez bokserki, tak jak ty. ale ja nie wytrzymam tak długo. zaraz je zdejmę

S: Nie spiesz się. Ja już zdjąłem. Teraz robię to bez materiału. Ściskam mocniej u podstawy. Tam, gdzie skóra jest najgrubsza. I przesuwam w górę — powoli, tak powoli, że czuję każdy centymetr. Żyła pod spodem pulsuje. Czujesz to u siebie? To drugie serce. Bije w rytm twojego oddechu. Kiedy wstrzymujesz powietrze, ono też na chwilę zamiera.

Ji-ho zdjął bokserki. Kopnął je na bok — materiał wylądował gdzieś przy biurku, bezgłośnie. Objął się dłonią i syknął cicho, bo był bardziej wrażliwy niż zwykle. Wczorajszy dotyk zostawił ślad — nie fizyczny, ale nerwowy, jak pamięć mięśniowa, która nie zdążyła jeszcze wygasnąć.

on: zdjąłem. jestem nagi od pasa w dół. koszulkę podwinąłem pod pachy, żeby nie pobrudzić. ściskam tak jak ty. u podstawy. czuję tę żyłę. czuję cię. to znaczy — czuję, jakbyś to był ty

S: Chciałbym. Chciałbym, żeby to była moja dłoń. Żebym mógł poczuć, jaki jesteś twardy. Jaki jesteś ciężki. Bo jesteś ciężki, prawda? Nie jesteś mały. Czuję to po tym, jak o sobie mówisz. Jesteś taki, który wypełnia dłoń.

on: chyba tak. nigdy się nad tym nie zastanawiałem

S: A ja tak. Zastanawiam się nad tobą cały czas. Nad tym, jak byś smakował. Nie tylko usta. Cały. Chciałbym cię wziąć do ust. Powoli. Najpierw sam czubek, tylko językiem. Jesteś słony. Wszyscy jesteśmy słoni. Ale pod spodem jest coś jeszcze — coś gorzkiego, co zostaje na języku i każe wrócić po więcej. Zrobiłbym to tak, żebyś nie mógł się ruszyć. Położyłbym ci ręce na biodrach i przytrzymał. Żadnego ruchu. Tylko moje usta i ty.

Ji-ho nie mógł już pisać długich zdań. Palce mu drżały, trafiały w złe litery, autocorrect poprawiał słowa na bezsensowne ciągi. Lewą ręką trzymał telefon, prawą pracował — szybciej, mocniej, z tym charakterystycznym dźwiękiem śliskości, który wypełniał pokój i odbijał się od ścian.

on: zaraz

on: nie mogę

on: S

S: Dojdź. Chcę to słyszeć. Nagraj mi.

Tym razem się nie zawahał. Nagrał.

Nie jedenastosekundowe, jak wczoraj. Tym razem nagranie trwało dwadzieścia trzy sekundy. Zaczął od ciężkiego oddechu, który przeszedł w jęk — głębszy niż poprzednio, bardziej z gardła, prawie wibrujący. Potem usłyszał siebie, jak mówi "S", tylko tyle, tylko tę jedną literę, która teraz znaczyła więcej niż całe imię. A potem dźwięk orgazmu — niekontrolowany, mokry, z tym charakterystycznym urywanym wdechem na końcu, który brzmi prawie jak szloch. Sperma uderzyła go w brzuch, ciepła i lepka, i spłynęła wzdłuż linii mięśni, zostawiając ślad, który będzie musiał zetrzeć.

Wysłał.

S odpowiedział po minucie. Nagraniem. Jego głos był zdyszany, ale spokojniejszy niż wczoraj — jakby panował nad sobą nawet wtedy, kiedy tracił kontrolę: "Słyszałem. Powiedziałeś moją literę. Powiedziałeś 'S'. Nikt nigdy nie wymówił tego w ten sposób. Jakby to było całe słowo. Jakby to było wszystko, co chcesz powiedzieć. Ja też doszedłem. Patrzę teraz na sufit i widzę ciebie. Nie żartuję. Widzę twoją twarz — chociaż jej nie znam. I jutro... jutro chcę spróbować jeszcze raz. Nie w parku. Gdzieś, gdzie będziesz się czuł bezpiecznie. Wybierzesz miejsce. I przyjdziesz. A ja przyjdę. I tym razem podejdziesz. Obiecaj."

Ji-ho leżał. Sperma stygła mu na brzuchu, ale nie sięgnął po chusteczki. Zamiast tego napisał:

on: obiecuję

A potem dodał, zanim zdążył pomyśleć:

on: dobranoc S

S: Dobranoc Jiji. Śpij dobrze. Nie wiem, czy ja zasnę. Za dużo myślę o tobie.

Ji-ho nie zasnął przez kolejną godzinę. Leżał w ciemności, wpatrzony w sufit, na którym odbijało się światło latarni zza okna. Myślał o tym mężczyźnie przy bramce — o tym, czy to naprawdę był Sung-jae. A jeśli tak, to czy S to ten sam Sung-jae, który rzucał dziewczynami jak rękawiczkami po zimie. Czy to możliwe, żeby ktoś taki pisał takie słowa. Czy to możliwe, żeby playboy z boiska był tym samym głosem, który mówił "Jiji" tak miękko, jakby składał imię w dłoniach i dmuchał na nie, żeby nie ostygło...

środa, 1 lipca 2026

Rozdział I: Powietrze, które drga

Teksty publikowane na tym blogu stanowią fikcję literacką i zawierają treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich, które czytasz na własną odpowiedzialność. Wszystkie przedstawione tu historie, miejsca oraz bohaterowie są wyłącznie produktem mojej wyobraźni, a jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, zdarzeń czy autentycznych sytuacji jest całkowicie przypadkowe.

***

Sierpień w Seulu nie kończy się nigdy. Leży na mieście jak mokry ręcznik — ciężki, ciepły, przesiąknięty wodą z rzeki Han i spalinami wspinającymi się po szklistych zboczach Gangnamu. Kwon Ji-ho szedł przez kampus Uniwersytetu Koreańskiego, czując, jak wilgotne powietrze oblepia mu kark. Plecak ciążył — nie od książek, jeszcze nie, semestr ledwo zipał pierwszym tygodniem — ale od laptopa, powerbanku, słuchawek, całej tej elektroniki, którą nosił jak drugi szkielet.

Zatrzymał się przy automacie z kawą. Puszka mrożonej latte uderzyła o metalową rynnę z głuchym łoskotem. Przystawił ją sobie do policzka, zanim otworzył. Zimno wgryzło się w skórę jak pierwsza dobra rzecz tego dnia.

Telefon zawibrował.

Nawykowo zerknął na ekran — i natychmiast odwrócił wzrok, bo zobaczył tę niebieską ikonkę. Aplikację. Tę samą, którą ściągnął półtora miesiąca temu, w środku nocy, po trzech piwach i godzinie scrollowania forów, na których starsi geje opowiadali o życiu w Seulu tak, jakby opisywali operację na otwartym sercu. Ostrożnie. Z bólem. Z nadzieją, że ktoś przeżyje.

Ji-ho nie był pewien, czy jest gejem. Był pewien tylko jednego: że patrzy na mężczyzn dłużej, niż powinien. Że kiedy kolega z roku, Park Min-seok, zdjął kiedyś koszulkę po meczu koszykówki, Ji-ho poczuł takie uderzenie ciepła w podbrzuszu, że musiał usiąść na ławce i udawać, że dostał skurczu w łydce.

Min-seok miał dziewczynę. Wszyscy mieli dziewczyny. Ji-ho miał twarz, którą dziewczyny nazywały śliczną — wysokie kości policzkowe, usta trochę za pełne jak na faceta, oczy z tym ciężkim, zaspanym wykrojem, przez który wyglądał, jakby zawsze dopiero co się obudził z jakiegoś ważnego snu. Nie musiał się starać. Nie nosił makijażu, nie prostował włosów, które opadały mu na czoło falami ni to czerni, ni grafitu. A jednak wyglądał jak ktoś, kto za chwilę wejdzie na scenę w hali Olympic Park, oświetlony fioletowym neonem.

Ironia polegała na tym, że był sam. Sam od dwóch lat studiów, od trzech przeprowadzek, od czterech randek, które kończyły się uprzejmym uśmiechem i zero dalszego ciągu. Sam na tyle głęboko, że zaczął rozmawiać z nieznajomym z aplikacji.

"Nieznajomy" to złe słowo. Miał ksywkę. S.

Tylko S.

I pisał do Ji-ho od trzech tygodni, odkąd sparowali się o drugiej nad ranem, kiedy obaj nie mogli spać. S miał dwadzieścia cztery lata, mieszkał w Seulu, ale nie powiedział gdzie dokładnie. Studiował — też nie powiedział co. Zdjęcie profilowe: czarna sylwetka na tle okna, za którym stała noc. Żadnej twarzy. Tylko zarys ramion i ten okropny, magnetyczny szczegół — dłonie. Długie palce. Jedna oparta o framugę, druga luźno w kieszeni.

Ji-ho zakochał się w tych dłoniach, zanim S zdążył napisać cokolwiek więcej niż "hej".

A teraz, przy automacie z kawą, przyszła kolejna wiadomość. Potem następna. Ji-ho odstawił puszkę na ławkę i otworzył czat.

S: Wracasz z uczelni?

S: Zgadłem?

S: Widzę, że jesteś online. Nie udawaj, że nie widzisz.

Ji-ho uśmiechnął się. Nienawidził tego, że się uśmiechał. To był uśmiech idioty. Rozanielony, bezbronny, kompletnie głupi. Odpisał:

on: złapałeś mnie

on: automaty z kawą mają coś w sobie. zawsze przy nich przystaję. chyba przez ten dźwięk puszki jak spada

on: głupie, nie?

S: Nie głupie. Dźwięki są ważne. Mógłbym po dźwięku poznać, jakiego faceta mam przed sobą.

Ji-ho poczuł, jak coś ściska go w żołądku. Nie nieprzyjemnie. Raczej jakby napięła się tam jakaś struna, o której istnieniu zapomniał. Wypuścił powietrze — nie westchnięcie, tylko właśnie wypuszczenie, powolne i kontrolowane — i odpisał:

on: a co mówi mój dźwięk? nie oszukuj, że wiesz. nie słyszałeś mnie nigdy

S: Słyszałem. Masz głos, który się ślizga. Jakbyś nie kończył słów do końca. Zjadasz ostatnie sylaby. Przez to brzmisz, jakbyś zawsze był trochę niepewny, czy ktoś cię słucha.

Ji-ho przestał oddychać na dobrą chwilę. Potem przyłożył kciuki do ekranu, ale palce mu drżały — minimalnie, takie drżenie, które nie przechodzi w gest, tylko zostaje w napięciu skóry. Napisał:

on: nie wiem, czy to komplement czy diagnoza

S: Jedno i drugie. Powiedz mi coś jeszcze. Co widzisz przed sobą?

Ji-ho podniósł wzrok. Kampus leżał przed nim w późnopopołudniowym słońcu, które przecedzało się przez liście platanów i padało na chodnik w plamy światła tak ostre, że prawie białe. Studenci ciągnęli w stronę stacji metra Anam. Dziewczyna w za dużej bluzie niosła kubek z ramenem. Ktoś śmiał się gdzieś z lewej. Zapach smażonego kimchi ciągnął się od strony budynku wydziału humanistycznego.

on: widzę ludzi którzy wracają do domu. dziewczyna je ramen na schodach. jest za gorąco na ramen ale ona i tak je. szanuję to

S: A ty? Jesteś głodny?

on: nie wiem. chyba bardziej zmęczony

S: Czym?

I tu — w tym jednym słowie, w tym "czym" — było coś, co kazało Ji-ho przygryźć wargę. Bo S pytał tak zawsze. Nie "dlaczego", nie "co się stało". Tylko "czym". Jakby zmęczenie było materią. Jakby miało nazwę i smak. Jakby można było je z siebie zdjąć i położyć między nimi na stole.

on: ludźmi trochę. hałasem. sobą też, chyba

S: Sobą? Czemu?

on: sam nie wiem. czasem po prostu za dużo myślę

S: To przestań myśleć na chwilę.

on: łatwo powiedzieć

S: To może inaczej. Opowiedz mi swój dzień. Od rana. Wszystko. Każdy szczegół.

Ji-ho wypił łyk kawy. Puszka była już letnia. Opisał poranek — suchość w ustach po przebudzeniu, dźwięk klimatyzatora, który zgrzytał w oknie akademika jak stary silnik, smak pasty do zębów, zbyt miętowej. Opisał drogę na przystanek, zapach oleju napędowego i fakt, że jakiś dzieciak w autobusie gapił się na niego przez trzy przecznice. S czytał. Nie przerywał. Tylko czasem wrzucał jedną kropkę — "." — co w ich prywatnym języku znaczyło: mów dalej. Słucham. Jeszcze.

A potem S opowiedział swój dzień. Mgliście — nigdy nie zdradzał szczegółów, ale potrafił opisać światło w swoim pokoju tak, że Ji-ho prawie je widział. "O czternastej słońce weszło mi za biurko. Musiałem przesunąć krzesło. Nienawidzę tej godziny, wszystko jest wtedy za ostre". Ji-ho nie wiedział, gdzie S mieszka, nie znał jego nazwiska, nie widział twarzy — a jednak czuł, że zna rozkład jego dnia lepiej niż własny.

To było chore. To było nienormalne. To było jedyne, na co czekał.

Wieczór przyszedł szybko. Seul za oknem akademika zamienił się w siatkę świateł — bursztynowych latarni, niebieskawych neonów z napisami PC, czerwonych tylnych lamp taksówek sunących w stronę mostu Dongho. Ji-ho leżał na łóżku w samych bokserkach, z telefonem opartym o zgięte kolano. Ekran świecił mu w twarz, jedyne źródło światła w pokoju. Klimatyzacja znowu zgrzytała.

Rozmowa z S płynęła już od godziny. Przeskakiwali z tematu na temat — jedzenie, muzyka, dziwne sny, to, jak w Korei nikt nie patrzy sobie w oczy na ulicy, a oni obaj mieli wrażenie, że patrzą na wszystkich. S pytał o jego ulubiony zapach. Ji-ho odpowiedział: benzyna na stacji benzynowej, zaraz po zachodzie słońca. S na to: "Dlaczego?" A Ji-ho: "Nie wiem. Jest ostry. Ale czysty. Jakby wszystko miało się zaraz zacząć od nowa."

I wtedy przyszła ta wiadomość.

S: Chciałbym Cię poczuć.

Ji-ho wpatrywał się w ekran. Słowa nie zmieniały kształtu. Nie parowały. Nie znikały. Leżały tam — czarne na białym tle czatu — i miały wagę. Miały ciężar. Miały zapach. Ji-ho poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy i jednocześnie napływa gdzie indziej — w dół, w podbrzusze, w uda, w to miejsce między nogami, które nagle stało się bardzo obecne.

Gejowska panika. Tak to kiedyś nazwał na forum, półżartem. To uczucie, kiedy orientacja przestaje być etykietą, a staje się ciałem. Fizycznym, niezaprzeczalnym faktem. Serce wali. Dłonie się pocą. Żołądek podjeżdża do gardła. I nie wiesz, czy chcesz uciec, czy zostać — bo "zostać" oznacza przyznać, że chcesz tego, czego właśnie chcesz.

Odłożył telefon na kołdrę. Podniósł go. Odłożył znowu. Wstał, przeszedł dwa kroki w stronę biurka, wrócił. Jego własne stopy na zimnym linoleum wydały dźwięk — lepki, wilgotny, jakby skóra przywierała do podłogi. Usiadł z powrotem. Złapał telefon. Napisał:

on: co to znaczy

S: Dokładnie to, co napisałem. Chciałbym wiedzieć, jak pachniesz. Jak smakujesz. Jakie masz ciepło. Nie chcę już tylko czytać. Chcę to poczuć.

on: to nie fair. nie mogę ci tego dać przez telefon

S: Możesz.

on: jak

S: Zamknij oczy. Połóż rękę tam, gdzie jesteś najbardziej sobą. I opowiedz mi to. Opowiedz mi siebie.

Ji-ho nie zamknął oczu. Nie od razu. Najpierw spojrzał na drzwi — zamknięte. Współlokator, Han Jae-won, wrócił do rodzinnego Daegu na weekend. Pokój był pusty. Ciemny. Cichy, poza tym przeklętym zgrzytaniem klimatyzacji.

Położył się na plecach. Ekran nadal świecił. Lewa ręka trzymała telefon. Prawa spoczęła na brzuchu — i zsunęła się niżej, powoli, jakby pytała o pozwolenie. Materiał bokserek był ciepły. Pod nim — twardość, która narastała od kilku minut, od słowa "poczuć".

on: dobrze. ale ty też

S: Ja już to robię. Odkąd napisałem. Nie przestaję.

Ji-ho wciągnął powietrze. Powietrze w pokoju było gęste, przesycone jego własnym zapachem — lekkim potem po całym dniu, resztkami żelu pod prysznic, czymś jeszcze, czymś, co pachnie tylko wtedy, kiedy jest się podnieconym i nie ma już odwrotu.

Zszedł z bokserek. Objął się dłonią.

on: dotykam się. jestem już twardy. nie wiem, czy to przez to co napisałeś, czy przez to że jesteś. chyba przez jedno i drugie

S: Powoli. Nie spiesz się. Chcę wiedzieć wszystko. Jaki jesteś w dotyku?

on: gładki. skóra jest cienka. kiedy przesuwam kciukiem po samej górze, robi się mokro. nie dużo, ale wystarczająco. czuję to na palcu. śliskie. ciepłe

S: Podoba mi się, że to mówisz. Mów dalej. Co czujesz w udach?

on: napięcie. takie, że mięśnie drżą. kiedy robię to szybciej, uda napinają mi się same. nie kontroluję tego. oddech też mi się zmienia. słyszę siebie. to dziwne, słyszeć swój własny oddech tak blisko

S: Nie przerywaj. Jesteś sam w pokoju?

on: tak. współlokator wyjechał. tylko ja i ty

S: To połóż telefon obok siebie. Niech cię słyszę.

Ji-ho zawahał się. Aplikacja miała funkcję notatek głosowych. Nigdy jej nie użyli. Do tej pory. Nagrał krótką wiadomość — trzy sekundy, nie więcej. Tylko oddech. Tylko ten dźwięk, który był zbyt szybki i zbyt płytki, żeby udawać, że nic się nie dzieje. Wysłał.

S odpowiedział głosem. Po raz pierwszy.

Głos był niski. Głębszy, niż Ji-ho sobie wyobrażał. Z lekką chrypką na krawędziach samogłosek. Mówił wolno, jakby każde słowo miało swoją wagę i nie zamierzał marnować żadnego: "Chcę, żebyś ścisnął mocniej. Tak, jakby to była moja dłoń. Możesz to zrobić?"

Ji-ho mógł. Zrobił.

Dłoń zacisnęła się ciaśniej, ruch stał się bardziej stanowczy. Wilgoć narastała — teraz już nie tylko kropelka, ale cała ścieżka śliskości, która ułatwiała przesuwanie skóry w górę i w dół. Biodra same podrywały się do rytmu. Materac pod plecami wydawał cichy, rytmiczny dźwięk. Ji-ho słyszał siebie — urywane oddechy, jęk, który wyrwał mu się przy szczególnie mocnym pociągnięciu, a potem drugi, głębszy.

on: robię to. szybciej. czuję ciężar. cały ciężar jest tutaj, w podbrzuszu, w jądrach, wszystko jest napięte. kiedy dotykam się u nasady, to prawie boli, ale w ten dobry sposób. w taki, że chcę więcej

S: Gdzie masz drugą rękę?

on: na udzie. wbijam paznokcie. chyba będą ślady

S: Zostaw je. Chcę je potem zobaczyć. Opowiedz mi, jak się kończysz. Chcę to słyszeć. Każde słowo.

Ji-ho nie myślał już. Nie analizował. Nie zastanawiał się, czy to normalne, czy nienormalne, czy jutro będzie tego żałował. Ciało przejęło kontrolę — i mówiło przez niego, bez filtra, bez cenzury, z tą samą surowością, z jaką S zadawał pytania.

on: za chwilę. czuję, że za chwilę. robię to tak mocno, że łóżko skrzypi. nie obchodzi mnie to. nikt nie słyszy. tylko ty. chce mi się krzyczeć, ale zaciskam zęby na wardze. czuję, jak to narasta, z dołu, z głęboko. jądra mi się napinają, podchodzą wyżej. wszystko się zbiera. zaraz —

I wtedy, zamiast pisać dalej, nagrał.

Tym razem nie oddech. Tym razem dźwięk, który wydobył się z jego gardła, kiedy doszedł — niski, zduszony, wibrujący jęk, który przeszedł w kilka urywanych westchnień, a potem w ciszę przerywaną tylko ciężkim oddechem. Nagranie trwało jedenaście sekund. Wysłał je, zanim zdążył pomyśleć.

S odpowiedział po minucie. Też nagraniem. Jego głos był teraz inny — cięższy, zdyszany, z tą samą chrypką, ale bardziej napiętą: "Słyszałem cię. Czułem cię. I też doszedłem. Przez ciebie. Cały brzuch mam mokry. Nie ruszam się. Leżę i myślę tylko o tym, jak się nazywasz. Jak brzmi twoje imię, kiedy je wypowiadasz po orgazmie. Powiedz mi."

Ji-ho leżał. Serce waliło mu tak, że słyszał je w uszach. Sperma stygła mu na brzuchu — ciepła jeszcze, lepka, ciągnąca się nitką, kiedy poruszył biodrem. Ręka, którą się dotykał, lśniła w świetle ekranu. Pachniał sobą — tym zapachem, który znał, ale który teraz wydawał się obcy, bo należał do kogoś innego, do wersji siebie, która przed chwilą zrobiła to, co zrobiła.

Nagranie, które wysłał, miało jedenaście sekund. Jego imię trwało mniej niż sekundę. A jednak wypowiedzenie go teraz — po tym wszystkim, w tej ciszy — wydawało się bardziej intymne niż orgazm.

on: Ji-ho. Kwon Ji-ho. ale wszyscy mówią do mnie Jiji

Długa pauza. Potem:

S: Jiji...

I nic więcej.

Ji-ho czekał. Minutę. Dwie. Pięć. Wiadomość nie przychodziła. Ekran pociemniał, potem zgasł. W ciemności został tylko zapach — benzyny? Nie. To był on sam. I to dziwne uczucie, że zrobił coś nieodwracalnego, coś, co zmieniło ciężar powietrza w pokoju, coś, co sprawiło, że Klimatyzator przestał zgrzytać, a może to on przestał słyszeć cokolwiek poza echem własnego imienia w ustach nieznajomego...

Kolejny dzień nie przyniósł odpowiedzi.

Ji-ho obudził się z twarzą wciśniętą w poduszkę i pierwszą świadomą myślą, jaka go dopadła, było nazwisko człowieka, którego nawet nie znał. S. Sięgnął po telefon, mrugając w ostrym świetle poranka. Ekran był pusty. Żadnych powiadomień. Żadnej niebieskiej kropki.

Wziął prysznic. Woda spływała po jego szczupłym ciele, po wąskich biodrach i długich nogach. Zmywał z siebie wczorajszy pot i zaschniętą sól, ale nie mógł zmyć pamięci o tym, jak brzmiał jego własny głos na nagraniu. Jak bardzo nie przypominał siebie. A może przypominał — po raz pierwszy.

Dzień na uczelni minął we mgle. Profesor Kim z wydziału literatury mówił coś o poezji Kim Sowola, o tym, jak Koreańczycy od zawsze kochali rzeczy, które przemijają. Ji-ho notował automatycznie, ale jego myśli krążyły wokół jednego pytania: dlaczego S zamilkł. Czy to, co zrobili, było błędem. Czy on sam był błędem.

Popołudnie spędził w bibliotece. Między regałami pachniało starym papierem i kurzem. Usiadł przy oknie wychodzącym na dziedziniec, gdzie studenci rozkładali się na trawniku jak wysuszone słońcem ważki. Otworzył laptop. Otworzył też aplikację — i zamarł.

Wiadomość przyszła o 14:07.

S: Przepraszam za ciszę. Wczorajsza noc... nie mogłem spać. Myślałem o tobie. O twoim imieniu. O tym, jak je wypowiedziałeś. Jiji. Pasuje do ciebie. Jest miękkie, ale nie za miękkie. Ma krawędzie.

Ji-ho wypuścił powietrze, które trzymał w płucach od rana. Odpisał:

on: bałem się, że to był błąd

S: To nie był błąd. To było najlepsze, co mi się przydarzyło od miesięcy. I chcę więcej. Ale chcę też czegoś innego.

on: czego

S: Spotkajmy się. Jutro wieczorem. Wiem, że to szybko. Wiem, że się nie znamy. Ale znam twój oddech. Znam twój zapach — opisałeś mi go. Znam dźwięk, który wydajesz, kiedy dochodzisz. To więcej, niż wiem o ludziach, których widuję codziennie od lat. Chcę cię zobaczyć.

Dłonie Ji-ho drżały nad klawiaturą. Serce znowu waliło. Gejowska panika — wersja druga, poprawiona, jeszcze bardziej dotkliwa. Bo spotkanie oznaczało rzeczywistość. Oznaczało twarz. Oznaczało, że S zobaczy jego — całe to opakowanie, które wszyscy uważali za piękne, ale które dla niego samego było jak kostium, jak rola do odegrania.

A jednak.

on: dobrze. gdzie

S: Hongdae. Przy wejściu do parku Yeonnam, tam gdzie zaczyna się ścieżka rowerowa. O 19. Będę czekał.

on: skąd będę wiedział, że to ty

S: Po zapachu.

Ji-ho zamknął laptop. Za oknem słońce przetaczało się nad Seulem, ogromne i pomarańczowe, malując długie cienie na trawniku. Jutro miał spotkać człowieka bez twarzy. Człowieka, który słyszał, jak dochodzi. Człowieka, który powiedział "Chciałbym cię poczuć" — i sprawił, że Ji-ho poczuł się bardziej realny niż kiedykolwiek wcześniej.

Coś w jego żołądku zacisnęło się i rozluźniło jednocześnie. Nie wiedział, czy to strach, czy podniecenie, czy jedno i drugie tak splątane ze sobą, że nie dało się już rozdzielić.

Podniósł się z krzesła. Ruszył w stronę wyjścia. Mijając automat z kawą, nie zatrzymał się. Dźwięk puszki spadającej do rynny został gdzieś z tyłu.


Witam!

  Niezależnie od tego, czy wpadacie do mnie zupełnie na świeżo, czy przenieśliście się tutaj razem ze mną z poprzedniego miejsca — wielkie dzięki za obecność!

Szczególne ukłony i gigantyczne wirtualne uściski lecą do moich wiernych czytelniczek. Dziewczyny, to niesamowite, że po kilkunastu latach wciąż zaglądałyście na tamtego bloga i jesteście tu dzisiaj ze mną. Wasze wsparcie to absolutne paliwo do pisania.

Krótka piłka: tamto miejsce musiało pójść w odstawkę, bo potrzebowałam nowego otwarcia i czystej przestrzeni. Zmienił się adres, ale jedno pozostaje bez zmian — wciąż mam w głowie mnóstwo historii, które po prostu muszę przelać na ekran.

Rozgośćcie się, łapcie ulubioną kawę i po prostu czytajcie. Mam nadzieję, że zostaniecie tu na dłużej i nowe opowiadania wkręcą Was od pierwszego akapitu.

Ruszamy z nowym rozdziałem!

(Za kilka chwil...)

Rozdział III: Atrament i ciepło

Sala zebrań samorządu studenckiego mieściła się na drugim piętrze budynku wydziału nauk społecznych — podłużne pomieszczenie o ścianach poma...