Park Yeonnam o dziewiętnastej był pułapką na światło. Słońce zachodziło za linię drzew, ale nie od razu — najpierw cedziło się przez liście w odcieniach pomarańczy i rozcieńczonej moreli, potem odbijało się od asfaltu ścieżki rowerowej, która przecinała park jak blizna po nożu. Powietrze pachniało trawą przyciętą tego samego dnia, potem rowerzystów i smażonym ciastem ryżowym z food trucka zaparkowanego przy wejściu.
Ji-ho był tam wcześniej.
Dużo wcześniej. Przyszedł o
osiemnastej piętnaście i zajął pozycję za pniem starego platana, niedaleko
publicznej toalety, skąd miał widok na całe wejście do parku. Nie planował
tego. Znaczy — planował przyjść. Ale nie planował chować się za drzewem jak
bohater taniego thrillera. Nogi same go tam zaniosły.
Telefon trzymał w spoconej dłoni.
Ekran był włączony, otwarty na czacie z S. Żadnych nowych wiadomości. Ostatnia
pochodziła sprzed godziny: "Jestem już w Hongdae. Idę w stronę parku.
Trochę się denerwuję. To chyba normalne." Ji-ho odpisał wtedy: "normalne.
ja też". Kłamał w połowie. To, co czuł, wykraczało poza normalność. To był
strach tak gęsty, że prawie widoczny — jak smuga dymu, która ciągnie się za
człowiekiem i zdradza jego pozycję.
Ludzie wchodzili do parku i
wychodzili. Matka z wózkiem. Dwóch rowerzystów w lycrze. Dziewczyna z psem,
który ciągnął smycz w stronę fontanny. Mężczyzna w czapce z daszkiem, ale za
niski. Inny mężczyzna, z plecakiem na jedno ramię, ale za gruby. Kolejny — i
Ji-ho zamarł.
Serce uderzyło go w żebra. Raz.
Drugi. Trzeci.
Tam, przy bramce rowerowej, stał
ktoś, kogo sylwetka była boleśnie znajoma. Szerokie ramiona, które zwężały się
w wąską talię — proporcje kogoś, kto spędza dużo czasu na boisku. Krótko
przycięte włosy, czarne, lśniące od żelu albo potu. Profil ostry, z tą
charakterystyczną linią szczęki, która wygląda, jakby ktoś wyciął ją nożem. I
ten sposób stania — ciężar przeniesiony na prawą nogę, biodro lekko wysunięte,
ręce w kieszeniach. Poza, która mówi: jestem tu, ale nie muszę niczego
udowadniać.
Park Min-seok? Nie. Za wysoki.
Ramiona za szerokie. To musiał być ktoś starszy, o te dwa, trzy lata, ktoś, kto
już dawno skończył studia i teraz pojawia się na kampusie tylko na mecze
absolwentów i okazjonalne imprezy. Brat Min-seoka. Park Sung-jae.
Ji-ho widział go wcześniej tylko
dwa razy. Raz na trybunach, po meczu uniwersyteckim, kiedy Sung-jae klepał
młodszego brata po plecach i śmiał się za głośno. Drugi raz — na imprezie w
akademiku, gdzie Sung-jae pojawił się z dwiema dziewczynami, wypił trzy piwa w
dziesięć minut, a potem zniknął z jedną z nich, zostawiając tę drugą przy
automacie z lodem. Plotki o nim krążyły po kampusie jak zapach smażonego
kurczaka — wszędzie, nieuniknione. Mówiono, że rzuca dziewczyny szybciej, niż
zmienia koszulki po treningu. Że był w łóżku z połową cheerleaderek zeszłego
sezonu. Że ma ten rodzaj uśmiechu, który sprawia, że kobiety zapominają o jego
reputacji, dopóki nie jest za późno.
Ji-ho wpatrywał się w sylwetkę
przy bramce. Mężczyzna wyjął telefon. Sprawdził coś na ekranie. Schował.
Rozejrzał się — powoli, jakby skanował teren.
To nie mógł być on. To nie mógł
być S.
Ale co, jeśli był?
Żołądek Ji-ho podjechał do
gardła. Dłonie stały się lodowate, mimo że powietrze wciąż było ciepłe i
lepkie. Wyobraził sobie tę scenę: podchodzi, mówi "hej", a Sung-jae —
bo to musi być Sung-jae, prawda? — odwraca się, mruży oczy, a potem wybucha
śmiechem. Tym samym, który słychać na trybunach. "Ty? Ten pedał z
aplikacji to ty? Mój młodszy brat cię zna. Wszyscy cię znają. Ładna twarz, ale
wiesz co? Nie sądziłem, że jesteś aż tak zdesperowany."
Ji-ho poczuł, jak coś w nim pęka.
Nie głośno. Cicho, jak nitka w szwie.
Cofnął się za drzewo. Schował
telefon do kieszeni. Odczekał dziesięć sekund, potem dwadzieścia, potem minutę.
Kiedy wyjrzał ponownie, mężczyzny przy bramce już nie było. Zastąpił go ktoś
inny — student w okularach, który wyglądał na równie zagubionego. Ale Ji-ho już
nie patrzył. Już szedł. W przeciwnym kierunku. W stronę stacji metra, w stronę
tłumu, który mógł go połknąć i sprawić, że stanie się anonimowy.
Telefon zawibrował, kiedy był już
w wagonie, ściśnięty między biznesmenem w szarym garniturze a nastolatką z
neonowymi słuchawkami na uszach.
S: Jestem na miejscu. Gdzie
jesteś?
Nie odpisał od razu. Przejechał
dwie stacje. Potem trzecią. Na czwartej wysiadł — nie swoją — i usiadł na ławce
na peronie, pod jarzeniowym światłem, które wszystko robiło zielonkawym i
martwym. Dopiero wtedy otworzył czat.
on: przepraszam
on: nie mogłem
on: byłem. stałem z daleka. i nie
mogłem
on: przepraszam. jestem tchórzem.
nie gniewaj się
Minuta ciszy. Dwie. Trzy. Ji-ho
patrzył na ekran, czując, jak oczy go pieką — nie od łez, jeszcze nie, ale od
tego napięcia, które zbiera się w zatokach i nie znajduje ujścia. A potem:
S: Hej. Spokojnie. Oddychaj.
I nagranie.
Ji-ho przyłożył telefon do ucha.
Głos S wypełnił mu czaszkę — niski, ciepły, z tą samą chrypką, ale teraz inaczej
ułożony. Miękcej. Na krawędziach słów siedział uśmiech. Nie śmiech — właśnie
uśmiech, ten rodzaj, który słychać, nawet kiedy ktoś nie wypowiada żadnej
samogłoski. "Jiji. Nic się nie stało. Słyszysz? Nic. Rozumiem. To było za
szybko. Następnym razem. Albo jeszcze następnym. Nie uciekam. Tylko następnym
razem podejdź do mnie, dobrze? Chcę zobaczyć, jak się rumienisz. Bo się
rumienisz, prawda? Wiem, że tak."
Ji-ho odsłuchał nagranie trzy
razy. Potem czwarty, żeby usłyszeć to ostatnie zdanie — "wiem, że tak"
— i sposób, w jaki głos opadł na słowie "tak", jakby S opuszczał
głowę na poduszkę. Na peronie ktoś przeszedł obok, ciągnąc walizkę na kółkach.
Dźwięk był jak papier ścierny na szkle. Ji-ho nawet go nie zauważył.
Wieczór przyszedł szybko. Ji-ho
wrócił do akademika, zamknął drzwi, zgasił górne światło i został tylko z
lampką przy łóżku, która rzucała na ścianę żółty, wąski stożek. Jae-won wciąż
był w Daegu. Pokój pachniał kurzem i samotnością — tym specyficznym zapachem,
który osiada w pustych pomieszczeniach, gdzie nikt nie oddycha.
S napisał o dwudziestej pierwszej
trzydzieści.
S: Cały dzień o tym myślałem. Nie
o spotkaniu. O tym, co by było, gdybyś jednak podszedł.
on: co by było
S: Pocałowałbym cię. Od razu. Nie
przywitałbym się nawet. Po prostu bym cię pocałował. Chyba nie umiałbym
inaczej.
Ji-ho poczuł, jak krew napływa mu
do twarzy — i niżej. Znajomy ciężar w podbrzuszu, znajome mrowienie w udach.
Przesunął się na łóżku, opierając plecy o ścianę. Materac pod nim zapiszczał
cicho.
on: jak byś to zrobił
S: Najpierw bym na ciebie
popatrzył. Z bliska. Masz usta, które zawsze wyglądają na lekko opuchnięte. Nie
wiem, czy to naturalne, czy je przygryzasz. Chyba to drugie. Przygryzasz je,
kiedy się denerwujesz, prawda?
on: skąd wiesz
S: Domyślam się. Więc najpierw
bym popatrzył. Potem położyłbym ci dłoń tutaj — na karku, tam gdzie włosy są
najkrótsze. Żebyś nie mógł uciec. Nie żebyś chciał. Ale żebyś wiedział, że nie
chcę, żebyś uciekał. A potem...
on: potem
S: Potem nachyliłbym się. Wolno.
Żebyś poczuł mój oddech, zanim poczujesz usta. Jest ciepły. Pachnie kawą.
Zawsze piję kawę przed spotkaniem, nie wiem czemu. I dopiero wtedy bym cię
pocałował. Nie delikatnie. Nie tak, jak się całuje na pierwszych randkach.
Tylko tak, jak się całuje kogoś, kogo już się słyszało. Kogo już się czuło.
Ji-ho nie zdawał sobie sprawy, że
jego dłoń już wędruje. Znowu. Jakby miała własną pamięć, własną wolę. Leżała
płasko na jego brzuchu, pod materiałem koszulki, i przesuwała się w dół —
powoli, śledząc linię mięśni, które napinały się pod dotykiem.
on: ja też bym chciał. żebyś mnie
pocałował. ale nie wiem, czy umiałbym oddać. dawno nikogo nie całowałem
S: Nauczyłbym cię. Usta masz
idealne do całowania. Pełne. Miękkie. Kiedy mówisz, zawsze patrzę na to, jak
się poruszają. Nawet kiedy tylko piszesz, wyobrażam je sobie.
on: naprawdę
S: Naprawdę. I jeszcze coś. Leżę
teraz. Też na łóżku. Też mam na sobie tylko bokserki. I od kilku minut jestem
twardy. Przez to, co piszę. Przez ciebie. Chcesz wiedzieć, co robię?
on: tak
S: Dotykam się przez materiał.
Nie zdejmuję bokserek. Tarcie jest wtedy inne — bardziej szorstkie. Mniej
kontrolowane. Kiedy robię to przez bawełnę, czuję każdy szew. Każde włókno.
Główka jest najbardziej wrażliwa. Kiedy przesuwam po niej kciukiem, nawet przez
materiał, to prawie boli. W ten dobry sposób, jak mówiłeś wczoraj. Pamiętasz?
on: pamiętam
S: Teraz robię to szybciej.
Materiał robi się mokry. Nie dużo, ale wystarczająco, żeby plama była widoczna.
Szara bawełna ciemnieje od wilgoci. Lubię to. Lubię widzieć dowód na to, że
jestem podniecony. Że ty mnie takim robisz. Opowiedz mi, co ty robisz. Jesteś
już nagi?
on: nie. jeszcze nie. jestem w
koszulce. dotykam się przez bokserki, tak jak ty. ale ja nie wytrzymam tak
długo. zaraz je zdejmę
S: Nie spiesz się. Ja już
zdjąłem. Teraz robię to bez materiału. Ściskam mocniej u podstawy. Tam, gdzie
skóra jest najgrubsza. I przesuwam w górę — powoli, tak powoli, że czuję każdy
centymetr. Żyła pod spodem pulsuje. Czujesz to u siebie? To drugie serce. Bije
w rytm twojego oddechu. Kiedy wstrzymujesz powietrze, ono też na chwilę
zamiera.
Ji-ho zdjął bokserki. Kopnął je
na bok — materiał wylądował gdzieś przy biurku, bezgłośnie. Objął się dłonią i
syknął cicho, bo był bardziej wrażliwy niż zwykle. Wczorajszy dotyk zostawił
ślad — nie fizyczny, ale nerwowy, jak pamięć mięśniowa, która nie zdążyła
jeszcze wygasnąć.
on: zdjąłem. jestem nagi od pasa
w dół. koszulkę podwinąłem pod pachy, żeby nie pobrudzić. ściskam tak jak ty. u
podstawy. czuję tę żyłę. czuję cię. to znaczy — czuję, jakbyś to był ty
S: Chciałbym. Chciałbym, żeby to
była moja dłoń. Żebym mógł poczuć, jaki jesteś twardy. Jaki jesteś ciężki. Bo
jesteś ciężki, prawda? Nie jesteś mały. Czuję to po tym, jak o sobie mówisz.
Jesteś taki, który wypełnia dłoń.
on: chyba tak. nigdy się nad tym
nie zastanawiałem
S: A ja tak. Zastanawiam się nad
tobą cały czas. Nad tym, jak byś smakował. Nie tylko usta. Cały. Chciałbym cię
wziąć do ust. Powoli. Najpierw sam czubek, tylko językiem. Jesteś słony.
Wszyscy jesteśmy słoni. Ale pod spodem jest coś jeszcze — coś gorzkiego, co
zostaje na języku i każe wrócić po więcej. Zrobiłbym to tak, żebyś nie mógł się
ruszyć. Położyłbym ci ręce na biodrach i przytrzymał. Żadnego ruchu. Tylko moje
usta i ty.
Ji-ho nie mógł już pisać długich
zdań. Palce mu drżały, trafiały w złe litery, autocorrect poprawiał słowa na
bezsensowne ciągi. Lewą ręką trzymał telefon, prawą pracował — szybciej,
mocniej, z tym charakterystycznym dźwiękiem śliskości, który wypełniał pokój i
odbijał się od ścian.
on: zaraz
on: nie mogę
on: S
S: Dojdź. Chcę to słyszeć. Nagraj
mi.
Tym razem się nie zawahał.
Nagrał.
Nie jedenastosekundowe, jak
wczoraj. Tym razem nagranie trwało dwadzieścia trzy sekundy. Zaczął od
ciężkiego oddechu, który przeszedł w jęk — głębszy niż poprzednio, bardziej z
gardła, prawie wibrujący. Potem usłyszał siebie, jak mówi "S", tylko
tyle, tylko tę jedną literę, która teraz znaczyła więcej niż całe imię. A potem
dźwięk orgazmu — niekontrolowany, mokry, z tym charakterystycznym urywanym
wdechem na końcu, który brzmi prawie jak szloch. Sperma uderzyła go w brzuch,
ciepła i lepka, i spłynęła wzdłuż linii mięśni, zostawiając ślad, który będzie
musiał zetrzeć.
Wysłał.
S odpowiedział po minucie.
Nagraniem. Jego głos był zdyszany, ale spokojniejszy niż wczoraj — jakby
panował nad sobą nawet wtedy, kiedy tracił kontrolę: "Słyszałem.
Powiedziałeś moją literę. Powiedziałeś 'S'. Nikt nigdy nie wymówił tego w ten
sposób. Jakby to było całe słowo. Jakby to było wszystko, co chcesz powiedzieć.
Ja też doszedłem. Patrzę teraz na sufit i widzę ciebie. Nie żartuję. Widzę
twoją twarz — chociaż jej nie znam. I jutro... jutro chcę spróbować jeszcze
raz. Nie w parku. Gdzieś, gdzie będziesz się czuł bezpiecznie. Wybierzesz
miejsce. I przyjdziesz. A ja przyjdę. I tym razem podejdziesz. Obiecaj."
Ji-ho leżał. Sperma stygła mu na
brzuchu, ale nie sięgnął po chusteczki. Zamiast tego napisał:
on: obiecuję
A potem dodał, zanim zdążył
pomyśleć:
on: dobranoc S
S: Dobranoc Jiji. Śpij dobrze.
Nie wiem, czy ja zasnę. Za dużo myślę o tobie.
Ji-ho nie zasnął przez kolejną
godzinę. Leżał w ciemności, wpatrzony w sufit, na którym odbijało się światło
latarni zza okna. Myślał o tym mężczyźnie przy bramce — o tym, czy to naprawdę
był Sung-jae. A jeśli tak, to czy S to ten sam Sung-jae, który rzucał
dziewczynami jak rękawiczkami po zimie. Czy to możliwe, żeby ktoś taki pisał
takie słowa. Czy to możliwe, żeby playboy z boiska był tym samym głosem, który
mówił "Jiji" tak miękko, jakby składał imię w dłoniach i dmuchał na
nie, żeby nie ostygło...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz