niedziela, 5 lipca 2026

Rozdział II: Cień na ścieżce rowerowej

Park Yeonnam o dziewiętnastej był pułapką na światło. Słońce zachodziło za linię drzew, ale nie od razu — najpierw cedziło się przez liście w odcieniach pomarańczy i rozcieńczonej moreli, potem odbijało się od asfaltu ścieżki rowerowej, która przecinała park jak blizna po nożu. Powietrze pachniało trawą przyciętą tego samego dnia, potem rowerzystów i smażonym ciastem ryżowym z food trucka zaparkowanego przy wejściu.

Ji-ho był tam wcześniej.

Dużo wcześniej. Przyszedł o osiemnastej piętnaście i zajął pozycję za pniem starego platana, niedaleko publicznej toalety, skąd miał widok na całe wejście do parku. Nie planował tego. Znaczy — planował przyjść. Ale nie planował chować się za drzewem jak bohater taniego thrillera. Nogi same go tam zaniosły.

Telefon trzymał w spoconej dłoni. Ekran był włączony, otwarty na czacie z S. Żadnych nowych wiadomości. Ostatnia pochodziła sprzed godziny: "Jestem już w Hongdae. Idę w stronę parku. Trochę się denerwuję. To chyba normalne." Ji-ho odpisał wtedy: "normalne. ja też". Kłamał w połowie. To, co czuł, wykraczało poza normalność. To był strach tak gęsty, że prawie widoczny — jak smuga dymu, która ciągnie się za człowiekiem i zdradza jego pozycję.

Ludzie wchodzili do parku i wychodzili. Matka z wózkiem. Dwóch rowerzystów w lycrze. Dziewczyna z psem, który ciągnął smycz w stronę fontanny. Mężczyzna w czapce z daszkiem, ale za niski. Inny mężczyzna, z plecakiem na jedno ramię, ale za gruby. Kolejny — i Ji-ho zamarł.

Serce uderzyło go w żebra. Raz. Drugi. Trzeci.

Tam, przy bramce rowerowej, stał ktoś, kogo sylwetka była boleśnie znajoma. Szerokie ramiona, które zwężały się w wąską talię — proporcje kogoś, kto spędza dużo czasu na boisku. Krótko przycięte włosy, czarne, lśniące od żelu albo potu. Profil ostry, z tą charakterystyczną linią szczęki, która wygląda, jakby ktoś wyciął ją nożem. I ten sposób stania — ciężar przeniesiony na prawą nogę, biodro lekko wysunięte, ręce w kieszeniach. Poza, która mówi: jestem tu, ale nie muszę niczego udowadniać.

Park Min-seok? Nie. Za wysoki. Ramiona za szerokie. To musiał być ktoś starszy, o te dwa, trzy lata, ktoś, kto już dawno skończył studia i teraz pojawia się na kampusie tylko na mecze absolwentów i okazjonalne imprezy. Brat Min-seoka. Park Sung-jae.

Ji-ho widział go wcześniej tylko dwa razy. Raz na trybunach, po meczu uniwersyteckim, kiedy Sung-jae klepał młodszego brata po plecach i śmiał się za głośno. Drugi raz — na imprezie w akademiku, gdzie Sung-jae pojawił się z dwiema dziewczynami, wypił trzy piwa w dziesięć minut, a potem zniknął z jedną z nich, zostawiając tę drugą przy automacie z lodem. Plotki o nim krążyły po kampusie jak zapach smażonego kurczaka — wszędzie, nieuniknione. Mówiono, że rzuca dziewczyny szybciej, niż zmienia koszulki po treningu. Że był w łóżku z połową cheerleaderek zeszłego sezonu. Że ma ten rodzaj uśmiechu, który sprawia, że kobiety zapominają o jego reputacji, dopóki nie jest za późno.

Ji-ho wpatrywał się w sylwetkę przy bramce. Mężczyzna wyjął telefon. Sprawdził coś na ekranie. Schował. Rozejrzał się — powoli, jakby skanował teren.

To nie mógł być on. To nie mógł być S.

Ale co, jeśli był?

Żołądek Ji-ho podjechał do gardła. Dłonie stały się lodowate, mimo że powietrze wciąż było ciepłe i lepkie. Wyobraził sobie tę scenę: podchodzi, mówi "hej", a Sung-jae — bo to musi być Sung-jae, prawda? — odwraca się, mruży oczy, a potem wybucha śmiechem. Tym samym, który słychać na trybunach. "Ty? Ten pedał z aplikacji to ty? Mój młodszy brat cię zna. Wszyscy cię znają. Ładna twarz, ale wiesz co? Nie sądziłem, że jesteś aż tak zdesperowany."

Ji-ho poczuł, jak coś w nim pęka. Nie głośno. Cicho, jak nitka w szwie.

Cofnął się za drzewo. Schował telefon do kieszeni. Odczekał dziesięć sekund, potem dwadzieścia, potem minutę. Kiedy wyjrzał ponownie, mężczyzny przy bramce już nie było. Zastąpił go ktoś inny — student w okularach, który wyglądał na równie zagubionego. Ale Ji-ho już nie patrzył. Już szedł. W przeciwnym kierunku. W stronę stacji metra, w stronę tłumu, który mógł go połknąć i sprawić, że stanie się anonimowy.

Telefon zawibrował, kiedy był już w wagonie, ściśnięty między biznesmenem w szarym garniturze a nastolatką z neonowymi słuchawkami na uszach.

S: Jestem na miejscu. Gdzie jesteś?

Nie odpisał od razu. Przejechał dwie stacje. Potem trzecią. Na czwartej wysiadł — nie swoją — i usiadł na ławce na peronie, pod jarzeniowym światłem, które wszystko robiło zielonkawym i martwym. Dopiero wtedy otworzył czat.

on: przepraszam

on: nie mogłem

on: byłem. stałem z daleka. i nie mogłem

on: przepraszam. jestem tchórzem. nie gniewaj się

Minuta ciszy. Dwie. Trzy. Ji-ho patrzył na ekran, czując, jak oczy go pieką — nie od łez, jeszcze nie, ale od tego napięcia, które zbiera się w zatokach i nie znajduje ujścia. A potem:

S: Hej. Spokojnie. Oddychaj.

I nagranie.

Ji-ho przyłożył telefon do ucha. Głos S wypełnił mu czaszkę — niski, ciepły, z tą samą chrypką, ale teraz inaczej ułożony. Miękcej. Na krawędziach słów siedział uśmiech. Nie śmiech — właśnie uśmiech, ten rodzaj, który słychać, nawet kiedy ktoś nie wypowiada żadnej samogłoski. "Jiji. Nic się nie stało. Słyszysz? Nic. Rozumiem. To było za szybko. Następnym razem. Albo jeszcze następnym. Nie uciekam. Tylko następnym razem podejdź do mnie, dobrze? Chcę zobaczyć, jak się rumienisz. Bo się rumienisz, prawda? Wiem, że tak."

Ji-ho odsłuchał nagranie trzy razy. Potem czwarty, żeby usłyszeć to ostatnie zdanie — "wiem, że tak" — i sposób, w jaki głos opadł na słowie "tak", jakby S opuszczał głowę na poduszkę. Na peronie ktoś przeszedł obok, ciągnąc walizkę na kółkach. Dźwięk był jak papier ścierny na szkle. Ji-ho nawet go nie zauważył.

Wieczór przyszedł szybko. Ji-ho wrócił do akademika, zamknął drzwi, zgasił górne światło i został tylko z lampką przy łóżku, która rzucała na ścianę żółty, wąski stożek. Jae-won wciąż był w Daegu. Pokój pachniał kurzem i samotnością — tym specyficznym zapachem, który osiada w pustych pomieszczeniach, gdzie nikt nie oddycha.

S napisał o dwudziestej pierwszej trzydzieści.

S: Cały dzień o tym myślałem. Nie o spotkaniu. O tym, co by było, gdybyś jednak podszedł.

on: co by było

S: Pocałowałbym cię. Od razu. Nie przywitałbym się nawet. Po prostu bym cię pocałował. Chyba nie umiałbym inaczej.

Ji-ho poczuł, jak krew napływa mu do twarzy — i niżej. Znajomy ciężar w podbrzuszu, znajome mrowienie w udach. Przesunął się na łóżku, opierając plecy o ścianę. Materac pod nim zapiszczał cicho.

on: jak byś to zrobił

S: Najpierw bym na ciebie popatrzył. Z bliska. Masz usta, które zawsze wyglądają na lekko opuchnięte. Nie wiem, czy to naturalne, czy je przygryzasz. Chyba to drugie. Przygryzasz je, kiedy się denerwujesz, prawda?

on: skąd wiesz

S: Domyślam się. Więc najpierw bym popatrzył. Potem położyłbym ci dłoń tutaj — na karku, tam gdzie włosy są najkrótsze. Żebyś nie mógł uciec. Nie żebyś chciał. Ale żebyś wiedział, że nie chcę, żebyś uciekał. A potem...

on: potem

S: Potem nachyliłbym się. Wolno. Żebyś poczuł mój oddech, zanim poczujesz usta. Jest ciepły. Pachnie kawą. Zawsze piję kawę przed spotkaniem, nie wiem czemu. I dopiero wtedy bym cię pocałował. Nie delikatnie. Nie tak, jak się całuje na pierwszych randkach. Tylko tak, jak się całuje kogoś, kogo już się słyszało. Kogo już się czuło.

Ji-ho nie zdawał sobie sprawy, że jego dłoń już wędruje. Znowu. Jakby miała własną pamięć, własną wolę. Leżała płasko na jego brzuchu, pod materiałem koszulki, i przesuwała się w dół — powoli, śledząc linię mięśni, które napinały się pod dotykiem.

on: ja też bym chciał. żebyś mnie pocałował. ale nie wiem, czy umiałbym oddać. dawno nikogo nie całowałem

S: Nauczyłbym cię. Usta masz idealne do całowania. Pełne. Miękkie. Kiedy mówisz, zawsze patrzę na to, jak się poruszają. Nawet kiedy tylko piszesz, wyobrażam je sobie.

on: naprawdę

S: Naprawdę. I jeszcze coś. Leżę teraz. Też na łóżku. Też mam na sobie tylko bokserki. I od kilku minut jestem twardy. Przez to, co piszę. Przez ciebie. Chcesz wiedzieć, co robię?

on: tak

S: Dotykam się przez materiał. Nie zdejmuję bokserek. Tarcie jest wtedy inne — bardziej szorstkie. Mniej kontrolowane. Kiedy robię to przez bawełnę, czuję każdy szew. Każde włókno. Główka jest najbardziej wrażliwa. Kiedy przesuwam po niej kciukiem, nawet przez materiał, to prawie boli. W ten dobry sposób, jak mówiłeś wczoraj. Pamiętasz?

on: pamiętam

S: Teraz robię to szybciej. Materiał robi się mokry. Nie dużo, ale wystarczająco, żeby plama była widoczna. Szara bawełna ciemnieje od wilgoci. Lubię to. Lubię widzieć dowód na to, że jestem podniecony. Że ty mnie takim robisz. Opowiedz mi, co ty robisz. Jesteś już nagi?

on: nie. jeszcze nie. jestem w koszulce. dotykam się przez bokserki, tak jak ty. ale ja nie wytrzymam tak długo. zaraz je zdejmę

S: Nie spiesz się. Ja już zdjąłem. Teraz robię to bez materiału. Ściskam mocniej u podstawy. Tam, gdzie skóra jest najgrubsza. I przesuwam w górę — powoli, tak powoli, że czuję każdy centymetr. Żyła pod spodem pulsuje. Czujesz to u siebie? To drugie serce. Bije w rytm twojego oddechu. Kiedy wstrzymujesz powietrze, ono też na chwilę zamiera.

Ji-ho zdjął bokserki. Kopnął je na bok — materiał wylądował gdzieś przy biurku, bezgłośnie. Objął się dłonią i syknął cicho, bo był bardziej wrażliwy niż zwykle. Wczorajszy dotyk zostawił ślad — nie fizyczny, ale nerwowy, jak pamięć mięśniowa, która nie zdążyła jeszcze wygasnąć.

on: zdjąłem. jestem nagi od pasa w dół. koszulkę podwinąłem pod pachy, żeby nie pobrudzić. ściskam tak jak ty. u podstawy. czuję tę żyłę. czuję cię. to znaczy — czuję, jakbyś to był ty

S: Chciałbym. Chciałbym, żeby to była moja dłoń. Żebym mógł poczuć, jaki jesteś twardy. Jaki jesteś ciężki. Bo jesteś ciężki, prawda? Nie jesteś mały. Czuję to po tym, jak o sobie mówisz. Jesteś taki, który wypełnia dłoń.

on: chyba tak. nigdy się nad tym nie zastanawiałem

S: A ja tak. Zastanawiam się nad tobą cały czas. Nad tym, jak byś smakował. Nie tylko usta. Cały. Chciałbym cię wziąć do ust. Powoli. Najpierw sam czubek, tylko językiem. Jesteś słony. Wszyscy jesteśmy słoni. Ale pod spodem jest coś jeszcze — coś gorzkiego, co zostaje na języku i każe wrócić po więcej. Zrobiłbym to tak, żebyś nie mógł się ruszyć. Położyłbym ci ręce na biodrach i przytrzymał. Żadnego ruchu. Tylko moje usta i ty.

Ji-ho nie mógł już pisać długich zdań. Palce mu drżały, trafiały w złe litery, autocorrect poprawiał słowa na bezsensowne ciągi. Lewą ręką trzymał telefon, prawą pracował — szybciej, mocniej, z tym charakterystycznym dźwiękiem śliskości, który wypełniał pokój i odbijał się od ścian.

on: zaraz

on: nie mogę

on: S

S: Dojdź. Chcę to słyszeć. Nagraj mi.

Tym razem się nie zawahał. Nagrał.

Nie jedenastosekundowe, jak wczoraj. Tym razem nagranie trwało dwadzieścia trzy sekundy. Zaczął od ciężkiego oddechu, który przeszedł w jęk — głębszy niż poprzednio, bardziej z gardła, prawie wibrujący. Potem usłyszał siebie, jak mówi "S", tylko tyle, tylko tę jedną literę, która teraz znaczyła więcej niż całe imię. A potem dźwięk orgazmu — niekontrolowany, mokry, z tym charakterystycznym urywanym wdechem na końcu, który brzmi prawie jak szloch. Sperma uderzyła go w brzuch, ciepła i lepka, i spłynęła wzdłuż linii mięśni, zostawiając ślad, który będzie musiał zetrzeć.

Wysłał.

S odpowiedział po minucie. Nagraniem. Jego głos był zdyszany, ale spokojniejszy niż wczoraj — jakby panował nad sobą nawet wtedy, kiedy tracił kontrolę: "Słyszałem. Powiedziałeś moją literę. Powiedziałeś 'S'. Nikt nigdy nie wymówił tego w ten sposób. Jakby to było całe słowo. Jakby to było wszystko, co chcesz powiedzieć. Ja też doszedłem. Patrzę teraz na sufit i widzę ciebie. Nie żartuję. Widzę twoją twarz — chociaż jej nie znam. I jutro... jutro chcę spróbować jeszcze raz. Nie w parku. Gdzieś, gdzie będziesz się czuł bezpiecznie. Wybierzesz miejsce. I przyjdziesz. A ja przyjdę. I tym razem podejdziesz. Obiecaj."

Ji-ho leżał. Sperma stygła mu na brzuchu, ale nie sięgnął po chusteczki. Zamiast tego napisał:

on: obiecuję

A potem dodał, zanim zdążył pomyśleć:

on: dobranoc S

S: Dobranoc Jiji. Śpij dobrze. Nie wiem, czy ja zasnę. Za dużo myślę o tobie.

Ji-ho nie zasnął przez kolejną godzinę. Leżał w ciemności, wpatrzony w sufit, na którym odbijało się światło latarni zza okna. Myślał o tym mężczyźnie przy bramce — o tym, czy to naprawdę był Sung-jae. A jeśli tak, to czy S to ten sam Sung-jae, który rzucał dziewczynami jak rękawiczkami po zimie. Czy to możliwe, żeby ktoś taki pisał takie słowa. Czy to możliwe, żeby playboy z boiska był tym samym głosem, który mówił "Jiji" tak miękko, jakby składał imię w dłoniach i dmuchał na nie, żeby nie ostygło...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział III: Atrament i ciepło

Sala zebrań samorządu studenckiego mieściła się na drugim piętrze budynku wydziału nauk społecznych — podłużne pomieszczenie o ścianach poma...