Teksty publikowane na tym blogu stanowią fikcję literacką i zawierają treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich, które czytasz na własną odpowiedzialność. Wszystkie przedstawione tu historie, miejsca oraz bohaterowie są wyłącznie produktem mojej wyobraźni, a jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, zdarzeń czy autentycznych sytuacji jest całkowicie przypadkowe.
***
Sierpień w Seulu nie kończy się nigdy. Leży na mieście jak mokry ręcznik — ciężki, ciepły, przesiąknięty wodą z rzeki Han i spalinami wspinającymi się po szklistych zboczach Gangnamu. Kwon Ji-ho szedł przez kampus Uniwersytetu Koreańskiego, czując, jak wilgotne powietrze oblepia mu kark. Plecak ciążył — nie od książek, jeszcze nie, semestr ledwo zipał pierwszym tygodniem — ale od laptopa, powerbanku, słuchawek, całej tej elektroniki, którą nosił jak drugi szkielet.
Zatrzymał się przy automacie z kawą. Puszka mrożonej latte
uderzyła o metalową rynnę z głuchym łoskotem. Przystawił ją sobie do policzka,
zanim otworzył. Zimno wgryzło się w skórę jak pierwsza dobra rzecz tego dnia.
Telefon zawibrował.
Nawykowo zerknął na ekran — i natychmiast odwrócił wzrok, bo
zobaczył tę niebieską ikonkę. Aplikację. Tę samą, którą ściągnął półtora
miesiąca temu, w środku nocy, po trzech piwach i godzinie scrollowania forów,
na których starsi geje opowiadali o życiu w Seulu tak, jakby opisywali operację
na otwartym sercu. Ostrożnie. Z bólem. Z nadzieją, że ktoś przeżyje.
Ji-ho nie był pewien, czy jest gejem. Był pewien tylko
jednego: że patrzy na mężczyzn dłużej, niż powinien. Że kiedy kolega z roku,
Park Min-seok, zdjął kiedyś koszulkę po meczu koszykówki, Ji-ho poczuł takie uderzenie
ciepła w podbrzuszu, że musiał usiąść na ławce i udawać, że dostał skurczu w
łydce.
Min-seok miał dziewczynę. Wszyscy mieli dziewczyny. Ji-ho
miał twarz, którą dziewczyny nazywały śliczną — wysokie kości policzkowe, usta
trochę za pełne jak na faceta, oczy z tym ciężkim, zaspanym wykrojem, przez
który wyglądał, jakby zawsze dopiero co się obudził z jakiegoś ważnego snu. Nie
musiał się starać. Nie nosił makijażu, nie prostował włosów, które opadały mu
na czoło falami ni to czerni, ni grafitu. A jednak wyglądał jak ktoś, kto za
chwilę wejdzie na scenę w hali Olympic Park, oświetlony fioletowym neonem.
Ironia polegała na tym, że był sam. Sam od dwóch lat
studiów, od trzech przeprowadzek, od czterech randek, które kończyły się
uprzejmym uśmiechem i zero dalszego ciągu. Sam na tyle głęboko, że zaczął
rozmawiać z nieznajomym z aplikacji.
"Nieznajomy" to złe słowo. Miał ksywkę. S.
Tylko S.
I pisał do Ji-ho od trzech tygodni, odkąd sparowali się o
drugiej nad ranem, kiedy obaj nie mogli spać. S miał dwadzieścia cztery lata,
mieszkał w Seulu, ale nie powiedział gdzie dokładnie. Studiował — też nie
powiedział co. Zdjęcie profilowe: czarna sylwetka na tle okna, za którym stała
noc. Żadnej twarzy. Tylko zarys ramion i ten okropny, magnetyczny szczegół — dłonie.
Długie palce. Jedna oparta o framugę, druga luźno w kieszeni.
Ji-ho zakochał się w tych dłoniach, zanim S zdążył napisać
cokolwiek więcej niż "hej".
A teraz, przy automacie z kawą, przyszła kolejna wiadomość.
Potem następna. Ji-ho odstawił puszkę na ławkę i otworzył czat.
S: Wracasz z uczelni?
S: Zgadłem?
S: Widzę, że jesteś online. Nie udawaj, że nie widzisz.
Ji-ho uśmiechnął się. Nienawidził tego, że się uśmiechał. To
był uśmiech idioty. Rozanielony, bezbronny, kompletnie głupi. Odpisał:
on: złapałeś mnie
on: automaty z kawą mają coś w sobie. zawsze przy nich
przystaję. chyba przez ten dźwięk puszki jak spada
on: głupie, nie?
S: Nie głupie. Dźwięki są ważne. Mógłbym po dźwięku poznać,
jakiego faceta mam przed sobą.
Ji-ho poczuł, jak coś ściska go w żołądku. Nie
nieprzyjemnie. Raczej jakby napięła się tam jakaś struna, o której istnieniu
zapomniał. Wypuścił powietrze — nie westchnięcie, tylko właśnie wypuszczenie,
powolne i kontrolowane — i odpisał:
on: a co mówi mój dźwięk? nie oszukuj, że wiesz. nie
słyszałeś mnie nigdy
S: Słyszałem. Masz głos, który się ślizga. Jakbyś nie
kończył słów do końca. Zjadasz ostatnie sylaby. Przez to brzmisz, jakbyś zawsze
był trochę niepewny, czy ktoś cię słucha.
Ji-ho przestał oddychać na dobrą chwilę. Potem przyłożył
kciuki do ekranu, ale palce mu drżały — minimalnie, takie drżenie, które nie
przechodzi w gest, tylko zostaje w napięciu skóry. Napisał:
on: nie wiem, czy to komplement czy diagnoza
S: Jedno i drugie. Powiedz mi coś jeszcze. Co widzisz przed
sobą?
Ji-ho podniósł wzrok. Kampus leżał przed nim w
późnopopołudniowym słońcu, które przecedzało się przez liście platanów i padało
na chodnik w plamy światła tak ostre, że prawie białe. Studenci ciągnęli w
stronę stacji metra Anam. Dziewczyna w za dużej bluzie niosła kubek z ramenem.
Ktoś śmiał się gdzieś z lewej. Zapach smażonego kimchi ciągnął się od strony
budynku wydziału humanistycznego.
on: widzę ludzi którzy wracają do domu. dziewczyna je ramen
na schodach. jest za gorąco na ramen ale ona i tak je. szanuję to
S: A ty? Jesteś głodny?
on: nie wiem. chyba bardziej zmęczony
S: Czym?
I tu — w tym jednym słowie, w tym "czym" — było
coś, co kazało Ji-ho przygryźć wargę. Bo S pytał tak zawsze. Nie
"dlaczego", nie "co się stało". Tylko "czym".
Jakby zmęczenie było materią. Jakby miało nazwę i smak. Jakby można było je z
siebie zdjąć i położyć między nimi na stole.
on: ludźmi trochę. hałasem. sobą też, chyba
S: Sobą? Czemu?
on: sam nie wiem. czasem po prostu za dużo myślę
S: To przestań myśleć na chwilę.
on: łatwo powiedzieć
S: To może inaczej. Opowiedz mi swój dzień. Od rana.
Wszystko. Każdy szczegół.
Ji-ho wypił łyk kawy. Puszka była już letnia. Opisał poranek
— suchość w ustach po przebudzeniu, dźwięk klimatyzatora, który zgrzytał w
oknie akademika jak stary silnik, smak pasty do zębów, zbyt miętowej. Opisał
drogę na przystanek, zapach oleju napędowego i fakt, że jakiś dzieciak w
autobusie gapił się na niego przez trzy przecznice. S czytał. Nie przerywał.
Tylko czasem wrzucał jedną kropkę — "." — co w ich prywatnym języku
znaczyło: mów dalej. Słucham. Jeszcze.
A potem S opowiedział swój dzień. Mgliście — nigdy nie
zdradzał szczegółów, ale potrafił opisać światło w swoim pokoju tak, że Ji-ho
prawie je widział. "O czternastej słońce weszło mi za biurko. Musiałem
przesunąć krzesło. Nienawidzę tej godziny, wszystko jest wtedy za ostre". Ji-ho
nie wiedział, gdzie S mieszka, nie znał jego nazwiska, nie widział twarzy — a
jednak czuł, że zna rozkład jego dnia lepiej niż własny.
To było chore. To było nienormalne. To było jedyne, na co
czekał.
Wieczór przyszedł szybko. Seul za oknem akademika zamienił
się w siatkę świateł — bursztynowych latarni, niebieskawych neonów z napisami
PC방, czerwonych tylnych lamp taksówek sunących w stronę
mostu Dongho. Ji-ho leżał na łóżku w samych bokserkach, z telefonem opartym o
zgięte kolano. Ekran świecił mu w twarz, jedyne źródło światła w pokoju.
Klimatyzacja znowu zgrzytała.
Rozmowa z S płynęła już od godziny. Przeskakiwali z tematu
na temat — jedzenie, muzyka, dziwne sny, to, jak w Korei nikt nie patrzy sobie
w oczy na ulicy, a oni obaj mieli wrażenie, że patrzą na wszystkich. S pytał o
jego ulubiony zapach. Ji-ho odpowiedział: benzyna na stacji benzynowej, zaraz
po zachodzie słońca. S na to: "Dlaczego?" A Ji-ho: "Nie wiem.
Jest ostry. Ale czysty. Jakby wszystko miało się zaraz zacząć od nowa."
I wtedy przyszła ta wiadomość.
S: Chciałbym Cię poczuć.
Ji-ho wpatrywał się w ekran. Słowa nie zmieniały kształtu.
Nie parowały. Nie znikały. Leżały tam — czarne na białym tle czatu — i miały
wagę. Miały ciężar. Miały zapach. Ji-ho poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy i
jednocześnie napływa gdzie indziej — w dół, w podbrzusze, w uda, w to miejsce
między nogami, które nagle stało się bardzo obecne.
Gejowska panika. Tak to kiedyś nazwał na forum, półżartem.
To uczucie, kiedy orientacja przestaje być etykietą, a staje się ciałem.
Fizycznym, niezaprzeczalnym faktem. Serce wali. Dłonie się pocą. Żołądek
podjeżdża do gardła. I nie wiesz, czy chcesz uciec, czy zostać — bo
"zostać" oznacza przyznać, że chcesz tego, czego właśnie chcesz.
Odłożył telefon na kołdrę. Podniósł go. Odłożył znowu.
Wstał, przeszedł dwa kroki w stronę biurka, wrócił. Jego własne stopy na zimnym
linoleum wydały dźwięk — lepki, wilgotny, jakby skóra przywierała do podłogi.
Usiadł z powrotem. Złapał telefon. Napisał:
on: co to znaczy
S: Dokładnie to, co napisałem. Chciałbym wiedzieć, jak
pachniesz. Jak smakujesz. Jakie masz ciepło. Nie chcę już tylko czytać. Chcę to
poczuć.
on: to nie fair. nie mogę ci tego dać przez telefon
S: Możesz.
on: jak
S: Zamknij oczy. Połóż rękę tam, gdzie jesteś najbardziej
sobą. I opowiedz mi to. Opowiedz mi siebie.
Ji-ho nie zamknął oczu. Nie od razu. Najpierw spojrzał na
drzwi — zamknięte. Współlokator, Han Jae-won, wrócił do rodzinnego Daegu na
weekend. Pokój był pusty. Ciemny. Cichy, poza tym przeklętym zgrzytaniem
klimatyzacji.
Położył się na plecach. Ekran nadal świecił. Lewa ręka
trzymała telefon. Prawa spoczęła na brzuchu — i zsunęła się niżej, powoli,
jakby pytała o pozwolenie. Materiał bokserek był ciepły. Pod nim — twardość,
która narastała od kilku minut, od słowa "poczuć".
on: dobrze. ale ty też
S: Ja już to robię. Odkąd napisałem. Nie przestaję.
Ji-ho wciągnął powietrze. Powietrze w pokoju było gęste,
przesycone jego własnym zapachem — lekkim potem po całym dniu, resztkami żelu
pod prysznic, czymś jeszcze, czymś, co pachnie tylko wtedy, kiedy jest się
podnieconym i nie ma już odwrotu.
Zszedł z bokserek. Objął się dłonią.
on: dotykam się. jestem już twardy. nie wiem, czy to przez
to co napisałeś, czy przez to że jesteś. chyba przez jedno i drugie
S: Powoli. Nie spiesz się. Chcę wiedzieć wszystko. Jaki
jesteś w dotyku?
on: gładki. skóra jest cienka. kiedy przesuwam kciukiem po
samej górze, robi się mokro. nie dużo, ale wystarczająco. czuję to na palcu.
śliskie. ciepłe
S: Podoba mi się, że to mówisz. Mów dalej. Co czujesz w
udach?
on: napięcie. takie, że mięśnie drżą. kiedy robię to
szybciej, uda napinają mi się same. nie kontroluję tego. oddech też mi się
zmienia. słyszę siebie. to dziwne, słyszeć swój własny oddech tak blisko
S: Nie przerywaj. Jesteś sam w pokoju?
on: tak. współlokator wyjechał. tylko ja i ty
S: To połóż telefon obok siebie. Niech cię słyszę.
Ji-ho zawahał się. Aplikacja miała funkcję notatek
głosowych. Nigdy jej nie użyli. Do tej pory. Nagrał krótką wiadomość — trzy
sekundy, nie więcej. Tylko oddech. Tylko ten dźwięk, który był zbyt szybki i
zbyt płytki, żeby udawać, że nic się nie dzieje. Wysłał.
S odpowiedział głosem. Po raz pierwszy.
Głos był niski. Głębszy, niż Ji-ho sobie wyobrażał. Z lekką
chrypką na krawędziach samogłosek. Mówił wolno, jakby każde słowo miało swoją
wagę i nie zamierzał marnować żadnego: "Chcę, żebyś ścisnął mocniej. Tak,
jakby to była moja dłoń. Możesz to zrobić?"
Ji-ho mógł. Zrobił.
Dłoń zacisnęła się ciaśniej, ruch stał się bardziej
stanowczy. Wilgoć narastała — teraz już nie tylko kropelka, ale cała ścieżka
śliskości, która ułatwiała przesuwanie skóry w górę i w dół. Biodra same
podrywały się do rytmu. Materac pod plecami wydawał cichy, rytmiczny dźwięk.
Ji-ho słyszał siebie — urywane oddechy, jęk, który wyrwał mu się przy
szczególnie mocnym pociągnięciu, a potem drugi, głębszy.
on: robię to. szybciej. czuję ciężar. cały ciężar jest
tutaj, w podbrzuszu, w jądrach, wszystko jest napięte. kiedy dotykam się u
nasady, to prawie boli, ale w ten dobry sposób. w taki, że chcę więcej
S: Gdzie masz drugą rękę?
on: na udzie. wbijam paznokcie. chyba będą ślady
S: Zostaw je. Chcę je potem zobaczyć. Opowiedz mi, jak się
kończysz. Chcę to słyszeć. Każde słowo.
Ji-ho nie myślał już. Nie analizował. Nie zastanawiał się,
czy to normalne, czy nienormalne, czy jutro będzie tego żałował. Ciało przejęło
kontrolę — i mówiło przez niego, bez filtra, bez cenzury, z tą samą surowością,
z jaką S zadawał pytania.
on: za chwilę. czuję, że za chwilę. robię to tak mocno, że
łóżko skrzypi. nie obchodzi mnie to. nikt nie słyszy. tylko ty. chce mi się
krzyczeć, ale zaciskam zęby na wardze. czuję, jak to narasta, z dołu, z
głęboko. jądra mi się napinają, podchodzą wyżej. wszystko się zbiera. zaraz —
I wtedy, zamiast pisać dalej, nagrał.
Tym razem nie oddech. Tym razem dźwięk, który wydobył się z
jego gardła, kiedy doszedł — niski, zduszony, wibrujący jęk, który przeszedł w
kilka urywanych westchnień, a potem w ciszę przerywaną tylko ciężkim oddechem.
Nagranie trwało jedenaście sekund. Wysłał je, zanim zdążył pomyśleć.
S odpowiedział po minucie. Też nagraniem. Jego głos był
teraz inny — cięższy, zdyszany, z tą samą chrypką, ale bardziej napiętą:
"Słyszałem cię. Czułem cię. I też doszedłem. Przez ciebie. Cały brzuch mam
mokry. Nie ruszam się. Leżę i myślę tylko o tym, jak się nazywasz. Jak brzmi
twoje imię, kiedy je wypowiadasz po orgazmie. Powiedz mi."
Ji-ho leżał. Serce waliło mu tak, że słyszał je w uszach.
Sperma stygła mu na brzuchu — ciepła jeszcze, lepka, ciągnąca się nitką, kiedy
poruszył biodrem. Ręka, którą się dotykał, lśniła w świetle ekranu. Pachniał
sobą — tym zapachem, który znał, ale który teraz wydawał się obcy, bo należał
do kogoś innego, do wersji siebie, która przed chwilą zrobiła to, co zrobiła.
Nagranie, które wysłał, miało jedenaście sekund. Jego imię
trwało mniej niż sekundę. A jednak wypowiedzenie go teraz — po tym wszystkim, w
tej ciszy — wydawało się bardziej intymne niż orgazm.
on: Ji-ho. Kwon Ji-ho. ale wszyscy mówią do mnie Jiji
Długa pauza. Potem:
S: Jiji...
I nic więcej.
Ji-ho czekał. Minutę. Dwie. Pięć. Wiadomość nie
przychodziła. Ekran pociemniał, potem zgasł. W ciemności został tylko zapach —
benzyny? Nie. To był on sam. I to dziwne uczucie, że zrobił coś
nieodwracalnego, coś, co zmieniło ciężar powietrza w pokoju, coś, co sprawiło,
że Klimatyzator przestał zgrzytać, a może to on przestał słyszeć cokolwiek poza
echem własnego imienia w ustach nieznajomego...
Kolejny dzień nie przyniósł odpowiedzi.
Ji-ho obudził się z twarzą wciśniętą w poduszkę i pierwszą
świadomą myślą, jaka go dopadła, było nazwisko człowieka, którego nawet nie
znał. S. Sięgnął po telefon, mrugając w ostrym świetle poranka. Ekran był
pusty. Żadnych powiadomień. Żadnej niebieskiej kropki.
Wziął prysznic. Woda spływała po jego szczupłym ciele, po
wąskich biodrach i długich nogach. Zmywał z siebie wczorajszy pot i zaschniętą
sól, ale nie mógł zmyć pamięci o tym, jak brzmiał jego własny głos na nagraniu.
Jak bardzo nie przypominał siebie. A może przypominał — po raz pierwszy.
Dzień na uczelni minął we mgle. Profesor Kim z wydziału
literatury mówił coś o poezji Kim Sowola, o tym, jak Koreańczycy od zawsze
kochali rzeczy, które przemijają. Ji-ho notował automatycznie, ale jego myśli
krążyły wokół jednego pytania: dlaczego S zamilkł. Czy to, co zrobili, było
błędem. Czy on sam był błędem.
Popołudnie spędził w bibliotece. Między regałami pachniało
starym papierem i kurzem. Usiadł przy oknie wychodzącym na dziedziniec, gdzie
studenci rozkładali się na trawniku jak wysuszone słońcem ważki. Otworzył
laptop. Otworzył też aplikację — i zamarł.
Wiadomość przyszła o 14:07.
S: Przepraszam za ciszę. Wczorajsza noc... nie mogłem spać.
Myślałem o tobie. O twoim imieniu. O tym, jak je wypowiedziałeś. Jiji. Pasuje
do ciebie. Jest miękkie, ale nie za miękkie. Ma krawędzie.
Ji-ho wypuścił powietrze, które trzymał w płucach od rana.
Odpisał:
on: bałem się, że to był błąd
S: To nie był błąd. To było najlepsze, co mi się przydarzyło
od miesięcy. I chcę więcej. Ale chcę też czegoś innego.
on: czego
S: Spotkajmy się. Jutro wieczorem. Wiem, że to szybko. Wiem,
że się nie znamy. Ale znam twój oddech. Znam twój zapach — opisałeś mi go. Znam
dźwięk, który wydajesz, kiedy dochodzisz. To więcej, niż wiem o ludziach,
których widuję codziennie od lat. Chcę cię zobaczyć.
Dłonie Ji-ho drżały nad klawiaturą. Serce znowu waliło.
Gejowska panika — wersja druga, poprawiona, jeszcze bardziej dotkliwa. Bo
spotkanie oznaczało rzeczywistość. Oznaczało twarz. Oznaczało, że S zobaczy
jego — całe to opakowanie, które wszyscy uważali za piękne, ale które dla niego
samego było jak kostium, jak rola do odegrania.
A jednak.
on: dobrze. gdzie
S: Hongdae. Przy wejściu do parku Yeonnam, tam gdzie zaczyna
się ścieżka rowerowa. O 19. Będę czekał.
on: skąd będę wiedział, że to ty
S: Po zapachu.
Ji-ho zamknął laptop. Za oknem słońce przetaczało się nad
Seulem, ogromne i pomarańczowe, malując długie cienie na trawniku. Jutro miał
spotkać człowieka bez twarzy. Człowieka, który słyszał, jak dochodzi.
Człowieka, który powiedział "Chciałbym cię poczuć" — i sprawił, że
Ji-ho poczuł się bardziej realny niż kiedykolwiek wcześniej.
Coś w jego żołądku zacisnęło się i rozluźniło jednocześnie.
Nie wiedział, czy to strach, czy podniecenie, czy jedno i drugie tak splątane
ze sobą, że nie dało się już rozdzielić.
Podniósł się z krzesła. Ruszył w stronę wyjścia. Mijając
automat z kawą, nie zatrzymał się. Dźwięk puszki spadającej do rynny został
gdzieś z tyłu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz